— Panie Percewalu, zdradziłeś mnie.

I odpłynęła z wiatrem, który wył i skowytał, i zdawało się, że woda wokół okrętu się gotuje.

Wówczas wielka żałość Pana Percewala chwyciła, miecz swój do piersi przycisnął, mówiąc:

— Ponieważ sługą jestem swego ciała, ukarzę ciało moje.

I w udo głęboko się zaciął, aż krew trysnęła.

— O, dobry Boże — rycerz rzeknie — weź moją krew, niech okupem będzie za to, żem przeciw Tobie wykroczył, Panie mój.

Potem zbroję na siebie wdział i nędznikiem siebie nazywając, mówił:

— Jakże bliski zguby byłem, a gdybym diabłu dał się skusić, godność rycerza i prawego człeka na zawsze bym utracił, bo kto raz te rzeczy utraci, nigdy ich już nie odzyska.

A gdy tak biadał, ujrzał jako od wschodu ten sam co rankiem okręt nadpływa, a na nim starzec świątobliwy. Wówczas rycerz szlachetny taki wstyd poczuł, że zemdlony na ziemię upadł.

A kiedy się ocknął, nieśmiało do starca podszedł i pozdrowił go. I zapyta go starzec: