Potem Pan Bors zbroję wdział i pożegnawszy zakonnika, dalej ruszył. Dzień czy dwa przed siebie tak jechał, wreszcie koło południa na rozstaju dróg dwóch rycerzy zobaczył. A prowadzili ze sobą pojmanego brata Pana Borsa, Lionela, ręce mu na piersiach skrępowawszy i nieszczęsnego do końskiego grzbietu przytroczywszy. A każdy z nich więź171 gałęzi cierniowych w ręku trzymał i cierniami tymi jeńca swego raz po raz uderzali tak silnie, że krew z jego ciała więcej niż stu strumykami broczyła. Ten zasię, mężem odważnego serca będąc, ani słowa nie przemówił i cierpiał zadawane sobie męki, jakby bólu żadnego nie czuł. Ujrzawszy to, Pan Bors już gotował się na odsiecz bratu skoczyć, aliści w drugą stronę spojrzawszy, zobaczył, jak rycerz jakiś pannę piękną w leśną gęstwinę uwozi, gdzie by go niełatwo pogoń odnaleźć mogła.

A już dostrzegła ta panna, że Pan Bors nadjeżdżał, poznała, że rycerzem jest Okrągłego Stołu, i wraz172 nadzieję powzięła ratunku. Toteż zaklinać go zaczęła na wierność, którą był panu swemu przyrzekł, w służbę się jego zaciągając, na powinność zakonowi rycerskiemu należną i na rycerską jego dla króla Artura miłość, aby jej w niedoli srogiej dopomógł.

A słysząc jej szlochanie, Pan Bors zatroskał się wielce, nie wiedząc, co począć. „Gdyż — mówił sobie — jeśli brata mego w tej przygodzie opuszczę, zabiją go, a do tego za nic na świecie dopuścić bym nie chciał. Jeśli zaś dziewicy tej w biedzie nie dopomogę, hańbą się na zawsze okryję”. I podniósłszy oczy do nieba, płacząc, zawołał:

— Miły Panie, Jezu Chryste, którego lennikiem jestem, strzeż brata mojego, Lionela, aby go tamci rycerze nie zabili, a ja dla miłości Świętej Panienki dziewicy tej z pomocą pośpieszę.

I na rycerza uwożącego pannę ruszył, wołając:

— Panie rycerzu, puść tę panienkę, inaczej trupem legniesz.

Na to ów rycerz pannę z konia zsadził i miecza dobył. Ale Pan Bors taki mu cios zadał, że go wnet na ziemi rozciągnął. A tu i rycerzy dwunastu nadjeżdża, którzy na odsiecz pannie śpieszyli, a ta zaraz im opowiada, jak ją Pan Bors od napastnika uwolnił. Tedy wielce radzi mu byli i prosili, ażeby razem z nimi do ojca tej panny, pana możnego, jechał. Ale Pan Bors pilniejszą sprawę przed sobą miał i zwłóczyć nie mógł, przeto Bogu ich poleciwszy, odjechał brata swego ratować.

Po śladach kopyt w trop za prześladowcami Lionela ruszył. Długo ich tak szukał. Wreszcie, kiedy człeka jakowegoś w szatach zakonnych po drodze mijał, ten mu powiedział, że Lionel już nie żyje. I pokazał mu trupa w gęstwinie leżącego, który się Panu Borsowi całkiem trupem Lionela widział. Wówczas taka żałość chwyciła rycerza, że zemdlony na ziemię upadł i przez długi czas tak leżał. A gdy przyszedł do siebie, powiedział:

— Miły bracie, ponieważ już nigdy z tobą na tej ziemi nie będę obcował, nigdy już radości moje serce nie zazna. Niech Ten, któregom sobie za Pana obrał, pomocą mi będzie.

To powiedziawszy, zwłoki w ramionach lekko uniósł i na łęku siodła złożył, i tak do starej kapliczki je zawiózł, a tam w grobie marmurowym pochował. Potem, kapliczkę opuściwszy, przed siebie aż do wieczora jechał. Wieczorem do pustelni jednej, pod lasem leżącej, przybył. A tam znalazł niespodziewanie brata swojego, Lionela, który w pełnej zbroi przed drzwiami kaplicy siedział. Albowiem był ten Lionel wcale życia nie postradał, diabeł to tylko Pana Borsa oszukał, trupa mu rzekomo bratowego w gęstwinie ukazując, gdyż chciał on w błąd rycerza wprowadzić i myśl jego odwieść od błogosławionej przygody — Świętego Graala szukania.