W pierwszej chwili podejrzane myśli przebiegły mu przez głowę. Po chwili zastanowienia wyśmiał samego siebie, dochodząc do wniosku, że uległ halucynacji. Był pewien, że myśląc o Marusi, wywołał jej zjawę. Mógłby nawet przysiąc, że jest niewinna.
Gdy wszedł do domu i zastał żonę w pokoju dziecinnym, przy córce, poczuł się tak szczęśliwy, że obsypał ją pocałunkami. Doznał po prostu wyrzutów sumienia, że mógł posądzać żonę o zdradę. Nazajutrz przyniósł jej w prezencie brylant, jakby tym chciał wynagrodzić krzywdę, którą mimo woli jej wyrządził.
Głęboko jednak, gdzieś w duszy, czaiła się od tego pamiętnego wieczora pewna nieufność. Unikał często żony i wstydził spojrzeć się jej w oczy. Dziwne myśli prześladowały go. Zmienił się nie do poznania, schudł i zaniedbywał interesy, żona wydawała się już nie ta sama. W nocy zrywał się często ze snu i kontrolował, czy jest obecna w domu. Począł ją też ukradkiem szpiegować.
Wyrzucał sobie nieraz, dlaczego ją szpieguje, kiedy nie ma żadnych poszlak w ręku. Myśl, że owe pocałunki pochodziły ze słodkich ust jego Marusi, doprowadzała go do szaleństwa. Robak zazdrości toczył go tym silniej, gdy dowiedział się od służącej, że to nie ona była wtedy w ogrodzie.
Nieprzeznaczone mu było zbyt długo się łudzić. Pewnego dnia ujrzał to, czego się obawiał. Został uderzony jak obuchem w głowę.
Zdarzyło się pewnego razu, kiedy po obiedzie szedł do fabryki, by pracować, jak zwykle, do późnej nocy, że poczuł się nagle niedobrze i zawrócił do domu.
W drzwiach natknął się na biegnącą służącą, która udawała, że go nie widzi i pędziła do dalszych pokojów.
Krew uderzyła mu do głowy. Zrozumiał, że coś jest nie w porządku. Popędził za służącą i zatrzymał się przy drzwiach wiodących do pokoju żony, które zatrzasnęły się przed jego nosem. Począł się gwałtownie dobijać.
Dopiero po dłuższej chwili żona otworzyła mu drzwi ze słodkim uśmieszkiem na ustach i zagadnęła zdziwiona:
— Skąd się tu wziąłeś, mój drogi?... Myślałam, że jesteś w fabryce...