— Niech się pan jeszcze raz przekona — wołał komisarz do słuchawki. — To na pewno pomyłka. Klawy Janek uciekł z Polski. Do hotelu tego zajeżdżają przeważnie cudzoziemcy. Żeby tylko nie zaszła brzydka pomyłka.

— Jestem przekonany, że to on — obstawał Wołkow przy swoim.

— Więc aresztować! Natychmiast aresztować! — gorączkował się komisarz. — Uważaj pan tylko, by ptaszki nie wyfrunęły panu z klatki! Może przysłać panu pomoc?

— W ciągu dwudziestu minut sprowadzę ich do aresztu! — odparł Wołkow triumfującym tonem. — Jesteśmy tu we trzech. Kajdanki mam przy sobie.

— Bądź pan tylko ostrożny — pouczał go komisarz. — Pamiętaj pan, z kim ma do czynienia. Ostrożnie i rozważnie. Na zimno. Ale i czym prędzej!... Czekam!...

Upłynęło dwadzieścia minut i nie widać było „zdobyczy”. Komisarz kroczył zdenerwowany po gabinecie, raz po raz spoglądając na zegar. Zarzucał sobie, że zbytnio zaufał Wołkowowi i nie posłał mu natychmiast pomocy. Z jednej strony komisarz Żarski był zadowolony, że Klawy Janek wpadł w ręce policji, nie wątpił bowiem, że kradzież u hrabiny to dzieło jego rąk. Ale z drugiej strony nie mógł użyczyć Wołkowowi, dla którego nie żywił zbytniej sympatii, tak wielkiego sukcesu.

— Jeżeli to prawda, że „Klawy” wpadł w jego ręce — kontynuował komisarz rozważania — urząd śledczy będzie miał trudny orzech do zgryzienia. Kto wie, czy wszystkie niewykryte ostatnio zbrodnie nie mają związku z legendarną postacią Klawego Janka.

Minęła przeszło godzina od czasu rozmowy z Wołkowem. Komisarz wyłaził ze skóry. Chciał już zadzwonić na auto, by samemu udać się na miejsce i sprawdzić, co zaszło, gdy naraz zapukano do drzwi. Wołkow zjawił się nareszcie...

— Gdzież oni?! — zawołał komisarz, świdrując Wołkowa ostrym wzrokiem. Wyczuł, że „coś zaszło”...

— Zwiał, panie komisarzu!