— Co???...

Wołkow zbladł jak chusta. Nogi uginały się pod nim ze strachu.

— Czyś pan oniemiał? — unosił się komisarz Żarski.

— Jestem niewinny — wybełkotał Wołkow.

— Mniejsza z tym, kto jest winien! Już ja pana nauczę...

— Panie komisarzu — opanował się Wołkow. — Zarządziłem wszystko jak najlepiej. Obstawiłem jednego z nas przy wyjściu, drugiego pod oknem, a sam zapukałem do drzwi numeru.

— Mów pan, w jaki sposób „Klawy” uciekł? — Biegał komisarz wściekły po pokoju.

— Zapukałem — cedził Wołkow słowa — ale nikt nie odpowiedział. Zacząłem się dobijać z całych sił: nadaremnie. Wreszcie zapasowym kluczem portier otworzył drzwi... Na podłodze leżała nieprzytomna dziewczyna, a „Klawego” nie było...

— Nie rozumiem.

— Pokój miał jeszcze jedne drzwi, które prowadziły do sąsiedniego numeru, znajdującego się na samym końcu korytarza. Okno tego pokoju wychodzi na inną stronę niż to, pod którym postawiłem policjanta,