„Na pewno go wychlali. Pozbędę się go nareszcie. Mojej córki mu się zachciewa. Dosyć moja rodzina wycierpiała w tym przeklętym życiu! Dosyć ja cierpię... Nie! Nigdy!...”
W lokalu pozostali tylko dwaj mężczyźni, którzy przedtem po cichu kłócili się ze sobą w kącie sali. Biegali teraz zdenerwowani po sali, spoglądając co chwila na zegar.
— Co za cholera?... — odezwał się jeden. — Zerknij, Antek, na bimber, jest już po dziesiątej, a jego jeszcze nie ma... Bardzośmy źle zrobili, uciekając w innym kierunku.
— Hm... — odezwał się zagadnięty. — Wychlaliby nas razem. Głowę daję, że on już kiwa.
Aniela przysłuchiwała się rozmowie i nie rozumiała jeszcze, o co im chodzi. Słabo znała żargon, którym posługiwali się ludzie nocy w rozmowie.
— Co tu począć? — zawołał Felek. — A może?...
Antek nie dał dokończyć zdania i zatkał mu usta ręką.
— Zamknij jadaczkę... Słyszysz... Wszystko, ale nie to... — wykrzyknął, domyślając się, do czego tamten dąży.
— Wszystko jest możliwe w dzisiejszych czasach — odparł Felek filozoficznie.
— Ja ci mówię, żebyś się przymknął! — ryknął wściekły już Antek. — Jak śmiesz podejrzewać własnego wspólnika?...