— Nie denerwuj się tak, brachu — odparł Felek. — Na taką okrągłą sumkę, jaka była w tece, każdy by się połaszczył.

Nie zdążył jeszcze wymówić ostatniego słowa, gdy Antek wyrżnął go pięścią między oczy. Felek upadł na drzwi, za którymi siedział Stasiek Lipa zatopiony w myślach.

— Bez awantur, proszę — zwrócił się do Antka, ściągając groźnie brwi. — Mój lokal to nie karczma.

— Zasłużył i dostał w nos — odparł Antek. — Na „Klawego” nie dam gadać. Powiedział, że zwiał z forsą.

— Zwiać to nie zwiał, ale może być zasypany — odrzekł Lipa poważnie.

— Ale tyle forsy!... Tyle forsy!... — krzyknął Felek, ocierając obojętnie krew z nosa.

Antek spojrzał z ukosa i z żalem wyrzucił:

— Daj gęby, Felek. Dzisiaj taki dzień, że zwariować można. Tyle ryzyka i pracy poszło na diabła. Sto lat nasz brat musi czekać na taki kaber.

— Wszystkiemu tylatorka winna. Narobiła rejwachu11, jakby ją ze skóry obdzierali — dodał, już udobruchany, Felek.

Antek biegał po pokoju tam i z powrotem, wreszcie zatrzymał się przed Staśkiem.