— Obrażasz mnie, przyjacielu. Za kogo mnie bierzesz? Myślisz, że jeżeli zmieniłem tryb życia, to już zupełnie wyzbyłem się złodziejskiego honoru? O, nie! Od takich, jak ty, nie biorę za gościnę pieniędzy. Powiedz, nie wstydź się: może ci potrzeba forsy, mów!...

— Dziękuję ci, przyjacielu, tak źle jeszcze nie jest. O jedno cię tylko poproszę. Wyjdź na ulicę i rozejrzyj się, czy się nikt, „z nich” nie kręci. Wnet się stąd wyniosę.

— Bądź spokojny. Przez całą noc dbałem o to, by cię tu nikt nie niepokoił. Nie zmrużyłem oka i sam stałem „na cynku”. Chodź ze mną. Wyprowadzę cię przez ogród na boczną uliczkę. Dojdziemy do rogu, do postoju dorożek i taksówek. Już cię zawiozą, dokąd zechcesz...

W kilka minut później Klawy Janek w towarzystwie gospodarza opuścił pokój; obaj udali się w stronę postoju pojazdów.

Nadjechała właśnie wolna taksówka i towarzysz Janka zatrzymał ją.

Klawy Janek pożegnał się serdecznie z „przyjacielem” i wsiadł do taksówki. Był spokojny i pewny, że w tej chwili znikąd mu nie grozi niebezpieczeństwo... Tym bardziej, że właściciel pokojów umeblowanych zauważył: „Możesz jechać z tym szoferem dokąd chcesz; to nasz”. {To go jeszcze bardziej upew[niło]}

Otulony w futro, zaszył się Klawy Janek w kąt taksówki; kazał się wieźć na Złotą. Zmęczony i niewyspany od kilku dni, zdrzemnął się.

A taksówka mknęła z niezwykłą szybkością, co go jeszcze bardziej ukołysało do snu...

Naraz taksówka stanęła i w tejże chwili Klawy Janek przebudził się; szeroko otworzył oczy.

Szybko nachylił klamkę u drzwiczek, ale zamek nie ustępował. Spróbował wyjść drugimi drzwiczkami, ale i te były zamknięte. Straszliwa myśl przeszyła jego mózg. Spojrzał przed siebie — przy kierownicy nie było nikogo...