— Powiem, gdy nadejdzie odpowiedni moment — odparł „Klawy Janek” tajemniczo.

Komisarz zamyślił się. Różne myśli przesuwały się przez jego mózg. Od czasu kradzieży u hrabiny i zabójstwa policjanta Wołkow wydawał mu się dziwnie podniecony. Stale spotykał go w pierwszorzędnych restauracjach, przy suto nakrytym stole w towarzystwie podejrzanych kobiet. Zastanawiało go również, że Wołkow tak gorliwie zajął się sprawą odszukania zabójcy policjanta.

Wołkow co prawda wspomniał kiedyś, że czeka go wielki spadek po matce, i to mogłoby częściowo tłumaczyć, skąd bierze pieniądze na hulanki. Ale wrodzony sceptycyzm nie dawał mu spokoju.

— I jak to się mogło stać, że pan, kuty na wszystkie strony, dał się zawieźć taksówką wprost do Urzędu Śledczego?

— Po prostu. Znałem dobrze właściciela hoteliku i nigdy bym nie uwierzył, że jest donosicielem. Ale nic, wyjdzie mu to bokiem...

Komisarz znów zadzwonił i polecił odwieźć „Klawego” do Pawiaku32.

— Tam będziemy go pewni — odezwał się komisarz Żarski do policjantów. — Uważajcie tylko po drodze. Nie zapominajcie tylko, z kim macie do czynienia. Jesteście odpowiedzialni za niego...

— Niech pan będzie spokojny, panie komisarzu — przerwał mu Klawy Janek, uśmiechając się cynicznie. — Muszę nieco odpocząć. Nie mam dziś najmniejszej ochoty uciekać.

Popychany przez policjantów Klawy Janek wsiadł do karetki więziennej. Czterej policjanci i dwaj tajni agenci otoczyli go ze wszystkich stron, nie zdejmując zeń oka.

Przez całą drogę Klawy Janek nie zdradzał najmniejszej obawy ani przygnębienia. Przeciwnie, zacięty ironiczny uśmiech nie schodził z jego energicznej twarzy. Brakło tylko, by usta wypowiedziały słowa, które miał na języku: