— A więc odmawiasz posłuszeństwa. Buntujesz się. Czy wiesz, jaka cię czeka za to kara?
— Wiem. Morzyć głodem. Wieszać. Rozstrzelać — zawołał Janek nerwowo i splunął starszemu strażnikowi prosto w twarz.
— Brać go! — zawołał czerwony z oburzenia klucznik, ocierając twarz chusteczką.
Klawy Janek wtulił się plecami w kąt celi, a rękami objął żelazny stolik, gotowy do walki.
Strażnicy przez chwilę zawahali się. Wiedzieli, że będą mieli niełatwą przeprawę. I jakby na komendę rzucili się na Klawego we trójkę naraz. Rozgorzała nierówna i mordercza walka. Klawy Janek walczył jak lew. Zagrożonym trzem klucznikom pośpieszyli z pomocą inni strażnicy. Po dłuższej walce zaniesiono „Klawego” owiniętego w kołdrę do karceru...
Gdy żelazne drzwi karceru zatrzasnęły się, Janek leżał na wilgotnym asfalcie, który pokrywał się coraz gęstszą warstwą upływającej krwi.
Po pewnym czasie Klawy Janek odzyskał przytomność. W karcerze było ciemno jak w grobie. Janek nie był z siebie zadowolony.
— Po co mi to było potrzebne? Przecież to utrudnia mi ucieczkę stąd. Będą mnie strzec, źle postępuję! Trzeba nagiąć karku, by w ten sposób przebić sobie drogę... Ja tu jestem jeden, a ich jest więcej! Przecież nie mogę staczać bojów z wiatrakami! Dosyć! — zawołał groźnym tonem na samego siebie, stając na równe nogi. Kajdany boleśnie zwisały u nóg.
Nazajutrz, gdy drzwi celi się otworzyły, by podać więźniowi chleb z wodą, strażnik usłyszał słowa, których by nigdy się nie spodziewał. Nie wierzył własnym uszom, a jednak była to prawda.
— Panie strażniku, melduję posłusznie, że tu w areszcie przebywa „Klawy Janek”, oskarżony o popełnienie kradzieży! — oświadczył Janek.