— Proszę bardzo.
— A więc, jak się pan nazywa?
— Na razie „Klawy Janek”.
— Bardzo mi przyjemnie. Ale jak się pan nazywał wówczas, gdy dokonał włamania do banku i zrabował sześćdziesiąt tysięcy dolarów i dziesiątki milionów marek polskich?...
— Nie wiem, o jakie dolary chodzi. Tyle dolarów zrabowałem w życiu, że już nie pamiętam dokładnie wiele, gdzie i kiedy, i jakie to sumy. Jeżeli chodzi o marki polskie starałem się je zawsze unikać. Wolałem ustabilizowaną walutę, która na dodatek zajmuje mało miejsca w portfelu, jak na przykład funty, dolary, franki szwajcarskie...
— Nie wątpię, że pan lubi obcą walutę. Najlepszym dowodem jest hrabina, którą pan obrabował. Tam chyba nie brakło dolarów?...
— Możliwe — odparł Klawy Janek. — Niestety, w tej sprawie nie mogę udzielić żadnych informacyj. Z zasady przyznaję się tylko wówczas, gdy jestem przyłapany na gorącym uczynku lub gdy istnieją dowody przeciw mnie. Ale przyznać się do przestępstwa, które pan mnie obecnie zarzuca, na razie nie mam ochoty. Zresztą od czegóż jest urząd śledczy? Szukajcie dowodów przeciwko mnie, a wówczas zobaczymy. Na razie nie wiem nic i nie mam zamiaru przyznawać się do czegośkolwiek...
Sędzia śledczy podziwiał logikę i odwagę przestępcy. W ciągu 20-letniej praktyki, jako adwokat, sędzia śledczy, prokurator, sędzia, potem znów sędzia śledczy, po raz pierwszy zdarzyło mu się słyszeć z ust przestępcy podobne słowa.
Był tak zaskoczony jego cynicznymi odpowiedziami, że miał już ochotę kazać go odprowadzić do więzienia i spisać protokół, który skończyłby się dla Janka karcerem. Nie mógł się jednak zdobyć na taki krok. Klawy Janek zaimponował mu. Pragnął poznać bliżej psychikę tego przestępcy.
— Nie jest to najlepsza droga — odezwał się wreszcie do Janka. — Możemy aresztanta długo przetrzymywać w więzieniu śledczym. Mamy cierpliwość i czas... Poczekamy, aż będziecie sami błagali, aby was przesłuchano.