— Po to nas zabrałeś? — zawołał Felek oburzony. — Wiesz wszak, że nie nadajemy się do podobnej roboty...

— Przekonam was — odparł spokojnie Hipek — że łatwiej być „bandziorem” niż kasiarzem.

— Za to grozi kara śmierci. Nie, za nic w świecie nie wezmę udziału w podobnej wyprawie!

— Rewolwery w rękach naszych wspólników przekonały nas, że nie ma rady — opowiadał dalej Antek. — Rozumiesz, Moryc, że w podobnych okolicznościach można od najlepszego przyjaciela dostać w łeb. Poszliśmy.

A w pałacu zabawa szła w najlepsze. We wszystkich oknach płonęły światła. Taksówka, którą przyjechaliśmy posuwała się za nami i zatrzymała w pobliżu pałacu. Z lasku wybiegła grupa złożona z ośmiu osób i przyłączyła się do nas. Wszyscy byli uzbrojeni w rewolwery, jak gdyby wybierali się na wojnę.

Przedostaliśmy się do pałacu jako zaproszeni goście. Zasiedliśmy do stołów. Po upływie kilku minut zgasło światło... Zanim goście zorientowali się, co zaszło, oślepiliśmy ich światłem latarek elektrycznych. Przy każdych dwóch krzesłach stanął jeden z naszych ludzi z rewolwerem w ręku. „Ręce do góry!” — padł okrzyk, który przejął zgrozą zgromadzonych.

Hipek i jego towarzysze wypróżnili pugilaresy zebranych panów, po czym zabrali się do biżuterii pań. Nie oszczędzili nawet obrączek ślubnych.

— Fe, to już nie po dżentelmeńsku — zauważył Moryc. — U nas w Ameryce bandyta musi przede wszystkim być dżentelmenem. Ale gdzie wam, Europejczykom, do naszej kultury! — machnął Moryc lekceważąco ręką.

— Dlatego mamy też mniej bandytów — bronił się Antek.

— Ale odbiegamy od tematu — zauważył Moryc zaintrygowany. — Opowiadaj dalej.