— Co znaczy? — zawołał Antek.

— Na razie nic. Ale w życiu, szczególnie w naszym „fachu”, wszystko jest możliwe...

— Co masz na myśli?

— Obawiam się, by nas tu nie zaaresztowano.

Ludzie podziemi zwykli podejrzewać siebie nawzajem, nawet gdy chodzi o najlepszego przyjaciela. Leżąc na posłaniach jeden podpatrywał drugiego, a w myśli każdy z nich opracowywał plan osobistego bezpieczeństwa.

A nade wszystkim górowała myśl, że istnieją jeszcze na świecie kobiety, wódka i policja, agenci, konfidenci i... więzienia.

Nie mogli jednak zasnąć, jak gdyby leżeli na rozżarzonych węglach. Głośniejszy dzwonek tramwaju, gwałtowniejszy sygnał auta, donośniejsze wołanie dorożkarza napinały ich nerwy, nie pozwalając zmrużyć oka. Ogarniał ich niepohamowany lęk.

A obok straszliwych wizji przed oczyma Moryca stawał obraz urodziwej Anieli, która ze łzami w oczach błagała go o ratunek dla Janka...

Zmysłowy, zadowolony uśmiech zakwitł na twarzy Moryca, ale znikł natychmiast. Nie chce myśleć o Anieli. Nie znosi kobiet. Długie lata, które spędził z winy kobiety w więzieniu Sing-Sing, zakorzeniły w jego psychice nienawiść dla rodu niewieściego. A jednak...

Po zniknięciu postaci Anieli, jakby przez mgłę zaczęła się wyłaniać w jego wyobraźni postać Janka. Widział go złamanego, zakutego w kajdany, błagającego o pomoc. Przypomniał sobie dni „szczęścia i nędzy”, jakie spędzili razem w czasie trwania wiernej spółki. Moryc uświadomił sobie teraz, po co przybył do Polski i zimny pot oblał go od stóp do głów. „Kto wie — prześladowała go myśl — co mnie tu czeka... Przybyłem tu, by ratować, a zdaje się, że sam dostanę się w pułapkę. Tutejsi przestępcy nie podobają mi się. Są zbyt naiwni, a ich mózgi pracują ospale. To nie ludzie interesu, jak my Amerykanie”.