— Śniadanie!

Janek schwycił naczynie, podał je, by nalano mu trochę czarnego płynu imitującego kawę. Płyn pienił się, jakby podana kawa była cukrzona mydłem.

Drzwi celi zatrzasnęły się o wiele szybciej, niż zostały otwarte — Janek podskoczył z radości, gdy się przekonał, że „pajka” chleba jest świeżego wypieku.

Miękkim kawałkiem chleba zalepił cięcie w kracie, odpowiednio naślinił to miejsce, a potem wygładził, by wszystko doprowadzić do należytego porządku. Nawet uderzył kilkakrotnie swoją łyżką o kratę, by wypróbować odgłos. Z zadowoleniem stwierdził, że wrażenie słuchowe nie budzi najmniejszego podejrzenia.

Z kolei zabrał się do uporządkowania celi. Chodziło mu głównie o „zabicie czasu”, który dziwnie tego dnia dłużył się w nieskończoność. Wiedział nadto z doświadczenia, że gdy menta, zerknąwszy do celi, stwierdza, że więzień jest zajęty robieniem porządków, daje mu spokój.

I tak upłynęło kilka godzin. Jeszcze nigdy przedtem cela jego nie miała tak idealnego wyglądu. Asfalt połyskiwał niby zwierciadło. Następnie Janek zabrał się do mycia okna.

Strażnicy więzienni mają wprawne oko. Od razu spostrzegają, kto myje okno „dla pucu”, to jest by mieć okazję do odetchnięcia świeżym powietrzem i jednocześnie — rzucenia okiem na przechodzącą ulicą kobietę — a kto myje okna z potrzeby.

I rzeczywiście, gdy Janek szeroko rozwarł obie połowy okna, strażnik pełniący wartę w budce przez chwilę bacznie go obserwował, ale wnet rozpoczął swój miarowy spacer tam i z powrotem. Klawy Janek był wspaniałym aktorem (właściwie ludzie nocy obdarzeni są do pewnego stopnia zdolnościami aktorskimi). Pilnie wycierał okno, jakby go nic poza tym nie obchodziło. Potrafił jednak niepostrzeżenie dla nikogo rozejrzeć się dokoła, a głównie poznać teren położony za parkanem i opracować w myśli plan ucieczki oraz obrać najlepszą drogę.

Dzwon więzienny oznajmił godzinę obiadu. Było zaledwie południe. Jeszcze długich czternaście godzin dzieliło go od chwili odzyskania wolności. Obliczył w myśli, ile to minut, sekund! Wieczność!...

Nerwowo krążył po celi. Wreszcie drzwi się otwarły. Litr „sałamachy” przelał się z kotła do jego miseczki. Specyficzny zapach, którym w pierwszych dniach pobytu w więzieniu dusił się, zaległ jego celę. Będąc już myślą na wolności, stracił apetyt do obiadu więziennego. Ze złością wylał obiad do kubła. Nie odczuwał głodu. Był nasycony myślą o wolności i ukochanej Anieli, którą jeszcze dziś w nocy tulić będzie w swoich ramionach...