Już nie panował nad sobą. Uniesienie go porwało. Nie wiedział, co czyni. Ale oto Aniela, zwinnym ruchem zadała mu silny cios w twarz.
— Ty... — nie dokończyła zdania. — Jak śmiałeś?...
— W Warszawie mówiłaś mi, że pragnęłabyś mieć dziecko, którego byłbym ojcem.
— Wówczas byłam szalona, jeszcze wierzyłam w możliwość twego nawrócenia.
— Nie mam do ciebie żalu. Do razów przywykłem. Wolałbym być przez ciebie bity przez całe życie niż stracić cię...
— Nie chciałam tego — szlochała, obejmując go ciepłymi ramionami. — Gdy ujrzałam naraz twoją wykrzywioną twarz, nabiegłą krwią, twarz przestępcy, opanowała mnie taka odraza, nienawiść, że musiałam ciebie odepchnąć od siebie...
— Rozumiem — odparł Janek. — Wystarczy, gdy mi powiesz: „idź sobie”, a więcej mnie nie ujrzysz!
— Będę z tobą szczera: powiedz mi prawdę, czy Krygier wpakował w twoje uwolnienie tyle pieniędzy nie po to, by ciągnąć z tego jakieś korzyści? Czy możesz go w każdej chwili puścić kantem bez spłacenia długu wdzięczności?
W tym momencie wszedł do pokoju Krygier.
— Jak długo jeszcze będziesz się z nią patyczkował? Słyszałem, jak cię zdzieliła. Ona na zbyt wiele sobie pozwala. Wyślij ją do taty.