Gdy przybyli do pokoju hotelowego, w którym Staszek „Lipa” zamieszkał, wziął ją na kolana, jak za czasów dzieciństwa, obsypał ją pocałunkami i szeptał:

— Anielciu, droga, kochana, powiedz mi... chcę wiedzieć...

Na twarzy jego odmalowała się groza tragedii ojcowskiej.

— Jestem, co prawda, twoją córką, ale wstydu ci nie przysporzę...

— A czyż mogłaś mi wyrządzić większą krzywdę od tej, jaką jest ucieczka z mego domu z Klawym Jankiem?

— Jeżeli powracasz do tego tematu, lepiej będzie, gdy sobie stąd pójdę.

Uwolniła się z objęć ojca i zabrała się do wyjścia. Ale Staszek „Lipa” nie zamierzał puścić teraz córki. Jednym skokiem był przy niej. Jego oczy nabrały dziwnego, odrażającego blasku. Krew nabiegła mu do twarzy. Po raz pierwszy ujrzała go w takim stanie.

„Tak musi wyglądać, gdy popełnia zbrodnie” — przebiegła jej mózg myśl. Serce jej ścisnął kurczowy ból. Krzyknęła:

— Tato!...

Instynkt samozachowawczy doradzał jej, by czym prędzej stąd uciekła. Dreszczem przejmował ją uśmiech, który wykrzywił usta ojca. Jego palce upodobniły się do szponów drapieżnika. Posuwał się teraz ku niej wolnymi, ledwie dostrzegalnymi kroczkami. Zdawało się jej, że już czuje na swojej szyi te palce, które lada moment zacisną się jeszcze silniej.