W kilku punktach Warszawy umieszczone były żelazne piecyki. Ogień buzował wesoło na powitanie tych, którzy przystawali, by rozgrzać zmarznięte członki.
Przy jednym z takich piecyków, gdzie zgrupowało się więcej ludzi, znalazł się Klawy Janek .
Upłynęło już kilka dni od krytycznej nocy. Klawy Janek błąkał się po uliczkach, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Nawet nocami nie zaznawał spokoju. Dłużej ponad godzinę nie mógł usiedzieć na jednym miejscu. Strach i trwoga opanowały go, gnając jak zwierzę uporczywie tropione przez myśliwych.
Zmienił się nie do poznania. Policja, która go tropiła, zwątpiłaby na pewno, czy ma przed sobą groźnego Janka, o pochwyceniu którego marzył niejeden policjant.
Stał teraz przy jednym z ulicznych piecyków i trząsł się z zimna. Nie dlatego, że brakło mu ciepłego przyodziewku. Miał wszak do dyspozycji kilka drogich futer i parę tuzinów ubrań. Ale pragnął jak najmniej być podobnym do siebie, do owego niebezpiecznego przestępcy, którego policja znała jako eleganta. Miał na sobie zniszczone ubranie robocze. Stare, wytarte futerko z podniesionym kołnierzem upodobniło go do parobka wiejskiego. Podarta maciejówka15 i zabłocone chłopskie buty uzupełniały jego strój.
Błąkał się od jednego dworca do drugiego, z jednego przystanku tramwajowego do drugiego. Zatrzymywał się tylko tam, gdzie grupowało się więcej ludzi. Nie gościł długo przy jednym piecyku. Nie chciał po prostu rzucać się w oczy.
Czuł się tak zmęczony, że chwilami wolałby znaleźć się w celi więziennej. Zatęsknił do celi więziennej i trwałego punktu oparcia. Zgiełk i ruch uliczny doprowadzały go do wściekłości. Głośniejsze okrzyki przechodniów trwogą odbijały się o jego uszy. Zdawało mu się, że każdy napotkany człowiek ściga go i lada chwila bransoletki16 zatrzasną mu się na rękach.
W zbolałej głowie wciąż kołatała jedna i ta sama myśl. Myśl, która może doprowadzić do samobójstwa.
„Co powiem moim wspólnikom?... Mieć w ręku taki skarb i postradać go w tak głupi sposób! Mnie... Klawemu Jankowi żeby coś podobnego się przytrafiło... Wspólnicy nigdy nie uwierzą, że zgubiłem tekę”.
Chętnie naplułby sobie we własną gębę. Zapragnął jak najsurowiej siebie ukarać. Miał chęć zgłosić się osobiście na policję i otwarcie powiedzieć: