— Macie tego niedołęgę... Zróbcie z idiotą, co wam się żywnie podoba...
Jedynie myśl, że nie ujrzałby odtąd ukochanej, powstrzymała go od szalonego kroku.
Najbardziej gnębiło go zabójstwo policjanta. Czytając o tym w gazecie, nie dowierzał własnym oczom. Jak opętany pobiegł na miejsce wypadku, aby przekonać się, czy rzeczywiście coś podobnego zaszło.
Był bliski obłędu, gdy przekonał się, że wszystko jest prawdą. Przejęty zgrozą i strachem stał dłuższą chwilę pomiędzy gapiami ulicznymi, przyglądając się trupowi. Rosły policjant, który rozpędzał zbiegowisko, zmusił go do odejścia.
„Komu zależało na tym, aby dokonać tego ohydnego mordu na moje konto?” — zapytywał siebie w myśli, błądząc błędnymi oczami wokoło.
Pewny był, że zabity jest tym samym policjantem, któremu sprzątnął karabin. Ten sam znalazł zapewne tekę.
Dłuższy czas medytował, przemyślając po raz setny znane mu triki złodziejskie.
— Kto mógł być zabójcą? Gdzie się podziała zrabowana teka z forsą?
Daremnie próbował podejrzewać o to wspólników, że oni to zauważyli policjanta z teką i zamordowali go. Myśl ta nie znalazła jednak potwierdzenia w jego mózgu.
Zupełnie wyczerpany rozmyślaniem, nie dbał o posiłek. Gdyby nie stary przyjaciel Bajgełe, który zmusza go do jedzenia, rozchorowałby się z głodu.