Zaprzysiągł sobie w duchu, że na własną rękę musi odnaleźć zabójcę. Z całej duszy gardził „mokrą” robotą. Bandytów i innych nożowców chorobliwie omijał; był gorącym zwolennikiem operacji „na cicho”.

Sam się nie orientował, kiedy i jak znalazł się na schodach domu, który zamieszkiwała Aniela. Jak zahipnotyzowany wszedł na górę. Pragnął usprawiedliwić się przed nią, upaść jej do nóg i przysiąc, że nie jest zabójcą. Chciał po raz ostatni zajrzeć w jej piękne oczy i dowiedzieć się, czy nie pogardza nim. Stracić Anielę uważał za cios boleśniejszy od utraty wypchanej teczki.

Zrozumiał dobrze, że policja poszukuje sprawców włamania i zbrodni. Wierzył zabobonnie, że przelana krew woła o pomstę do nieba. Zabójca musi otrzymać zasłużoną karę. Tak czy owak, musi się znaleźć „ofiara”, aby zaspokoić opinię publiczną i udowodnić, że coś się robi...

Bez trudności otworzył wytrychem drzwi z korytarza prowadzącego do pokoju Anieli. Po cichu wślizgnął się do wewnątrz i upadł zmęczony na fotel.

Słyszał wyraźnie zdenerwowane kroki ukochanej dziewczyny i basowy głos ojca.

— Nieprawda! — wołała Aniela. — Janek nie ma nic wspólnego z mordem policjanta.

Janek zerwał się i wytężył słuch. Zrozumiał, że są sami w pokoju. Podsłuchał spór między ojcem a córką.

— Dziwi mnie to, ojcze, że ty, który tyle wycierpiałeś, zabraniasz mi podać rękę nieszczęśliwemu Jankowi.

— Lepiej znam tych ludzi niż ty — odparł „Lipa”. — Przez te kilka tygodni przebywania między nimi niczego dowiedzieć się nie mogłaś. Nasz świat to jedna wielka, niezbadana tajemnica. My sami siebie nie znamy...

— Więc dobrze... Powiedz ojcze, jacy są ci ludzie? Co za rolę ty odgrywasz wśród nich? Wszystko, co mnie otacza, jest tajemnicą. Powiedz mi wszystko... Na pamięć mojej matki zaklinam cię, ojcze...