Lipa odepchnął córkę i wrzasnął:

— Myślisz, że nie wiem o tym policjancie, które go ochłodziłeś? Będziesz wisiał!

To poskutkowało. Janek zerwał się i chwycił Lipę za kołnierz.

— Stary kapuś! Jeszcze jedno słówko powiesz, to cię...

Aniela znów stanęła między nimi. Lipa wycelował w kierunku głowy Janka. Ten zręcznym ruchem wybił mu rewolwer z ręki, podniósł broń i wyjął naboje, rzucając pusty browning na biurko. Usiadł spokojnie z powrotem na krześle i patrzył pobłażliwie na miotającego się Lipę.

— Nigdy jeszcze nie miałem krwi na sumieniu i nie chcę jej mieć — wycedził przez zęby. — Czuję wstręt do mokrej roboty. Bezpodstawnie mnie oskarżasz.

— Mówiłam ci, ojcze, że to nie on zamordował tego policjanta — zawołała Aniela uradowana.

— Co za różnica którego — uśmiechnął się Lipa.

— Słuchaj, stary, uspokój się — zawołał już poważnie Janek. — Czy chcesz krzykiem sprowadzić tu ludzi? Myślę, że tobie nie będzie bardzo przyjemnie, kiedy hinty się dowiedzą, że jesteś Stasiek „Lipa”.

— Cicho! — zawołał Lipa.