— Aniela będzie moim bożyszczem. Dla niej wszelkie trudności przezwyciężę. Muszę zasłużyć na jej uczciwą miłość.

— Uczynisz to, Janku? — zawołała teraz Aniela. — Obiecujesz? Wydźwignę cię z bagna! Sam, ojcze, mówiłeś przed chwilą, że matka mogłaby ci dopomóc w tym. Dlaczegóż ja nie mam naprawić błędów matki i obu was wyrwać z podziemnego świata?

— Tak! Klnę się na twoją czystą miłość, w którą wierzę, że gotów jestem wszystko uczynić. Rozkazuj, a nawet w ogień skoczę, gdy tego zażądasz!

Lipa przyglądał się przez dłuższą chwilę Jankowi ze współczuciem, po czym rzekł:

— Proszę cię, nie praw mi tylko tutaj frajerskich kawałów. Nie poznaję ciebie: stajesz się sentymentalny i tracisz na wartości. Miłość to pusty frazes. Jej matka też mnie kochała. Niechże się spali cała miłość.

— Nie wszystkie kobiety potrafią naprawdę kochać — odparła dumnie Aniela.

— Ale kogo?... Kogo pokochałaś?... „Klawego Janka”, króla włamywaczy? — szydził Lipa.

— Wierz mi, brachu kochany, że gdybym wiedział na początku naszej znajomości, że ona jest twoją córką, nigdy bym jej nie pokochał. Znam dobrze etykę złodziejską — odparł Klawy Janek.

— „Odkochasz” się, jak to nieraz u naszych chłopaków bywało. Trajluj frajerów, ale nie mnie. Wiele razy byłeś tak zakochany?

— Zmienię charakter.