W miejsce poprzednich koszmarów przyszły teraz dawno zapomniane epizody, fakty z lat dziecięcych — twarze o wiele sympatyczniejsze od oglądanych w ostatnich latach.
Widzi przed sobą jak na dłoni ojca i matkę — ludzi, z których Bóg i ludzie są zadowoleni; widzi siebie jako małego pędraka w szkole, potem w gimnazjum, gdzie był wzorowym uczniem. Minione szczęśliwe i wesołe dni młodości. A teraz...
Podniósł głowę, wytężając wzrok, jakby chciał lepiej przyjrzeć się zapomnianym i miłym twarzom. Wszystko uciekło jednak, wstydząc się zapewne zajrzeć mu w oczy.
— Za nisko upadłeś. — Słyszy głos oskarżycielski, pełen wyrzutu.
Serce rwie się ze wstydu. Przeciera oczy, jakby przebudzony z letargu. Spojrzenie jego krzyżuje się z przenikliwym wzrokiem Anieli.
— Co się z tobą dzieje? Chciałeś mi przecież coś wyznać... Powiedz, wyznaj wszystko, co ci leży na sumieniu. Prawda, Janku, że nie zamordowałeś tego policjanta?
Janek zrobił krok, jakby chciał wybiec z pokoju. Aniela chwyciła go za rękę.
— Mów! — Utkwiła w nim podejrzliwy wzrok.
— Czego chcesz ode mnie? Dlaczego mnie męczysz? — zwrócił się do niej z wyrzutem. — Policjanta nie zamordowałem!
— Ani jednego człowieka — uśmiechnął się Lipa.