Zadowolony, że nadarza mu się okazja do działania na własną rękę, ukłonił się z respektem i opuścił gabinet naczelnika.
Rozdział VIII
Szary zimowy poranek. Chłopskie wozy i platformy wielkomiejskie, przeładowane towarami, wlokły się ospale po moście Kierbedzia z Pragi do Warszawy.
Wielkie miasto budzi się do codziennej pracy i walki o byt. Tramwaje, taksówki i dorożki mijały się w pośpiechu, jakby chodziło o wygranie zakładu, kto pierwszy zdąży na miejsce przeznaczenia.
Człowiek ubrany w łachmany snuje się tam i z powrotem przy barierze mostu. Staje co chwila, spoglądając na Wisłę, która uparcie tkwiła jeszcze w swych zimowych leżach. Szuka, widać, wygodnego miejsca, gdzie najlepiej będzie mógł urzeczywistnić postanowienie, by położyć kres niecnej wędrówce na ziemi.
Stójkowy zdążył go już zaobserwować. Zrozumiał, że ma do czynienia z desperatem.
— Czego tam zaglądacie? — zagadnął go. — Marsz stąd. Radzę wybrać lepszy sposób od skoku do Wisły. Woda za zimna jeszcze — roześmiał się dobrodusznie.
Człowiek spojrzał na wpół przytomnie, zawrócił, nie odpowiadając słowem. Począł się prędko oddalać, co bardziej wzmocniło podejrzenie policjanta. Chciał już krzyknąć „stój”, kiedy nieznajomy wskoczył do przejeżdżającego tramwaju i znikł.
Na Krakowskim Przedmieściu przesiadł się do innego tramwaju. Na rogu Gęsiej i Smoczej wysiadł i pośpiesznie wszedł do podwórka jednego z odrapanych domów.
Zatrzymał na chwilę wzrok na długiej, wąskiej posesji. Wszystko wyglądało tu jak zamarłe. Nie słychać było najmniejszego szmeru. Tylko firanki w oknach świadczyły o tym, że oficyny są zamieszkiwane przez ludzi. Po schodach dostał się na ciemny korytarz, obsadzony z obu stron wąskimi drzwiami pokojów pojedynczych. Nagle natknął się na rosłego osobnika, który zaświecił mu latarką elektryczną w oczy.