— Przypominasz sobie zatem i ten szczegół, jak podstępem zwabiłeś mnie do taksówki i zawiozłeś do Urzędu Śledczego? Muszę przyznać, że to był dobry pomysł.

Zebranym poprawił się humor. Bajgełe wykorzystał tę okazję, by powtórzyć kolejkę.

— Za zdrowie obecnych! — zawołał Bajgełe.

Wołkow siedział jakby przykuty do krzesła.

— Nie zawstydzisz nas — zwrócił się do niego Bajgełe. — Pij! Nie obawiaj się! Nie otrujesz się! Za życia możesz nam oddać większe usługi niż po śmierci...

Bajgełe przy tym poklepał przyjaźnie Wołkowa po plecach. Wołkow życzył sobie w duchu, by ziemia się pod nim rozstąpiła. Nie mógł już dłużej wytrzymać w ich towarzystwie. Ale bał się zdradzić ze swoich myśli. Musiał pić z tym towarzystwem. A Bajgełe jako mistrz ceremonii wznosił toasty to „za zdrowie blatnych”, to „za pomyślność ment5, które dają się otruć” itd.

Bajgełe w pewnym momencie szepnął Wołkowowi na ucho: „Zdejm przyczepione długie wąsy, nie do twarzy ci w nich”. I nie czekając na zgodę Wołkowa, Bajgełe jednym pociągnięciem ręki zdarł mu „przyczepkę”. Wołkow podskoczył z oburzenia.

— O! Teraz cię poznaję! — zawołał Janek. — Pragnę właśnie rozmówić się z tobą, bez maski.

— Proszę bardzo! — wyjąkał Wołkow.

Z tajemniczym uśmiechem na ustach, Janek napełnił kieliszki i rzekł: