— Zanim przystąpię do sedna rzeczy, musimy raz jeden wypić za zdrowie narzeczonej policjanta zamordowanego krytycznej nocy, po obrabowaniu hrabiny.
Oczy zebranych zatopiły się w twarzy Wołkowa, który naraz, jakby zakołysał się na krześle, a kieliszek wypadł mu z ręki, spadając z brzękiem na podłogę. Wołkow siedział ze zwieszoną głową, jakby dostał ataku sercowego.
— Rozumiemy, rozumiemy cię... — odezwał się Bajgełe. — Wzruszyłeś się niedolą policjanta...
Zebrani porozumieli się spojrzeniem.
— Powiedz mi, Wołkow — odezwał się Janek — ile dałeś właścicielowi domu zajezdnego, że mnie zadenuncjował?
— Niedużo, dwieście dolarów.
— Tak mało? Żałuję, że nie byłem wówczas więcej wart — uśmiechnął się Janek. — A teraz powiedz mi, Wołkow, czy, jeżeli cię puścimy stąd, będziesz nas nadal prześladował?
— Muszę. Jestem policjantem. To mój obowiązek.
— A jeżeli ci damy grubszą sumkę?
— Nie przyjmuję łapówek.