Stasiek Lipa zerwał się ze swego miejsca. Niespokojnie począł krążyć po pokoju. W jego oczach skrzyły się złe błyski, które przejmowały Anielę zgrozą.
— Zapomnij o twojej matce! Zapomnij! Póki ja żyję, nigdy nie spotkacie się! Odtąd będzie to moim wyłącznym celem w życiu. Nawet gdybym miał cię zamordować i gnić potem w celi więziennej lub zawisnąć na szubienicy! Nie cofnę się przed niczym! Zapamiętaj to sobie!...
— Co ja zawiniłam w tym? — załamywała Aniela ręce. — Od siebie odpędzasz mnie, do matki mnie nie dopuszczasz. Dlaczego ja mam ponosić odpowiedzialność za to, że matka zawiniła wobec ciebie... Dziwi mnie bardzo postępowanie twoje: człowieka, który tyle cierpiał z powodu różnych „sprawiedliwości”. Stosujesz tu karę wobec mnie, która najmniejszą popełniła winę.
Stasiek Lipa, zastanawiając się nad słowami Anieli, naraz zawołał:
— Ach, co ze mnie za głupiec! Dopiero teraz połapałem się, jaki sens jest ukryty w tym liście!
Objął ją i serdecznie przytulił do siebie:
— Nigdy i nikomu nie oddam ciebie! Nikomu, słyszysz?
— Ale jeszcze nie rozumiem, jak to naraz i bez nowej podstawy, zmieniłeś swoje zdanie o treści listu?
— Teraz wszystko jest w najlepszym porządku! Dziecinko, nie martw się!
— Ale jednak pragnę wiedzieć, co się przyczyniło do tak gwałtownej zmiany.