Profesor, który siedział na uboczu i przysłuchiwał się rozmowie, nie mógł dłużej przypatrywać się mękom zadawanym Wołkowowi.

— Powiedzcie mu od razu, o co chodzi — zwrócił się do zebranych z prośbą w głosie.

Oczy Wołkowa wyrażały teraz wdzięczność profesorowi.

Ale wtem zabrał głos Krygier, który odezwał się:

— Panie profesorze, proszę nie wtrącać się do nieswoich spraw. Gdy który z nas dostaje się w ich ręce w Urzędzie Śledczym, także nie zaznaje litości.

— Ale trochę więcej człowieczeństwa! — apelował profesor do uczuć bandy Janka.

— Człowieczeństwa! — podchwycił to słowo Krygier. — A kiedy ja długie lata tłukłem się w czterech ścianach brudnej celi więziennej, niby lew w klatce cierpiałem w niemieckim Zuchthaus6 głód i chłód, czy któremukolwiek z moich prześladowców wpadło na myśl, że i ja mam serce, duszę, mózg i ciało? Przypominam sobie pierwszy wyrok skazujący, kiedy w rzeczywistości byłem niewinny! Ach, wówczas to przekonałem się, ile sadyzmu wyrażała twarz mego oskarżyciela!... Czyż on miał dla mnie człowieczeństwo?

— Ale to, zdaje się, należy już do przeszłości — przerwał mu Janek — a ja muszę jeszcze z Wołkowem o wielu sprawach pomówić.

I przysunąwszy się bliżej do Wołkowa, Janek zatopił w jego twarzy parę gorejących, czarnych oczu.

— Powiedz mi — przystąpił Janek do rzeczy — co mamy uczynić, abyś nas więcej nie prześladował? Uprzedzam, że na twoje stanowisko i rangę gwiżdżemy. No, więc?