— Ciekaw jestem czy wytrzymasz — zawołał surowo Janek. — Czy przypominasz sobie, jak to w Urzędzie Śledczym zajeżdżałeś mi pięściami aż pod nos?

— Mam słabą pamięć — silił się Wołkow na odwagę. — Jeszcze możesz się tam znów znaleźć.

— U was, tam?... Tak!... Zresztą, wszystko jest możliwe! Ale i to jest pewne, że ty tam nie będziesz miał głosu.

Wołkowa ogarnął niepokój i strach:

— Co, zamierzacie mnie zakatrupić?

— A po co od razu zabijać? — odezwał się Moryc. — W zasadzie unikamy „mokrej roboty”.

— Zależy od wypadku — ironizował Wołkow.

— Masz rację — wtrącił się Janek. — Ale krytycznej nocy, kiedy obrobiliśmy hrabinę, policjanta nie zamordowaliśmy.

Wszyscy utkwili oczy w twarzy Wołkowa, który ledwie wymógł na sobie te słowa:

— Któż tedy, jeżeli nie wy, zamordował policjanta?