— Co??? — Nie wytrzymał Janek i lekko uniósł się w górę, wyciągnąwszy przed siebie ręce. Robił wrażenie drapieżnika, który za chwilę gotów jest wpić się szponami w swą ofiarę. — Coś powiedział przed chwilą? Że my jesteśmy zabójcami policjanta?...
— W Urzędzie Śledczym są tego zdania. Mnie to zresztą nie obchodzi — odparł Wołkow.
— Ale mnie to obchodzi! — stuknął Janek pięścią w stół.
W ogólnym napięciu dał się słyszeć dziwny śmiech kobiety, od którego Wołkowowi aż zimno się zrobiło.
— Kto się tak śmieje? — zapytał Wołkow nieswoim głosem.
— Dziewczynki! Dziewczynki ładne i kuszące, panie komisarzu — wyjaśnił Bajgełe z nadrobioną wesołością.
Wołkow głęboko odetchnął. W tym momencie Janek krzyknął:
— Wołkow! Gdzie mój udział w robocie u hrabiny?
— Co? Coś powiedział?... — wyjąkał Wołkow przerażony, wodząc ręką po zroszonym potem czole.
— Powiadam ci, abyś mi natychmiast zwrócił moją część łupu zrabowanego hrabinie. Zapominasz, że byłem wspólnikiem do tej wyprawy.