Zmęczony, wyczerpany, przybity fizycznie i moralnie opadł na skrzynię, która stała w kącie. Dygotał z zimna.
Naraz usłyszał, że auto zatrzymało się tuż obok piwnicy. Natężył wzrok. Słyszał wyraźnie, jak wynoszą ciężkie skrzynie z tamtej strony ściany, skąd przedtem doszły go głosy.
„Tam widać mieści się magazyn cennych kradzionych rzeczy — pomyślał — i teraz robią porządek...”
Jeszcze mocniej przywarł głową do muru. Wśród rozmawiających rozróżnił głos Bajgełe.
„Jacy moi ludzie są głupi! — miotał się Szczupak w bezsilnej rozpaczy. — Dlaczego nie domyślają się, że musiało ze mną coś zajść, skoro bawię tak długo. Ta banda tymczasem wyniesie się ze wszystkim, nie pozostawiając po sobie ani śladu. Wołkow będzie mógł słusznie pokpiwać ze mnie, że dałem się porwać złudzeniu i wydrwi moje opowiadania jako wykwit bujnej wyobraźni...”
Szczupak znał dobrze Wołkowa. Wiedział, że lubi bagatelizować wszystkich. Przerywał każdemu opowiadanie lekceważącą uwagą:
— To zwykłe romanse, nie ma co robić historii.
Szczupak czuł szum w głowie, dzwoniło mu w uszach. Bezwładny opadł na ziemię. Miotała nim febra. Usychał z pragnienia.
„Pół życia oddałbym za kroplę wody” — szeptał w duchu.
Piwnica zaczęła mu wirować przed oczyma... Zdawało się, że się stacza gdzieś w przepaść... Stracił przytomność.