Szkielet uniósł się na łóżku, wygrażając pięściami w stronę hotelarza. Jego maleńkie oczki płonęły ogniem oburzenia.

— Płaczesz?!... Ordynarny kapuś!!! Bierzcie go!... Sprawa jest jasna jak dzień.

W jednej chwili ujęło go kilka mocnych dłoni. Na próżno hotelarz padł do nóg meliniarza, błagając o litość. Wyprowadzono go natychmiast na drugi koniec piwnicy. Rozległy się dwa głuche, po sobie następujące strzały. Przez chwilę zapadło milczenie, ze względu na śmierć, która dopiero zabrała swą ofiarę. Ale wnet wrócono do stołu, jakby nic nie zaszło.

Janek dobył z pugilaresu kilka banknotów i rzucił je na stół, szykując się do odejścia. Franek obliczył pieniądze i niezadowolony burknął coś pod nos. Janek utkwił w nim pytające spojrzenie.

— Powiedz nam, Janku, czy jesteś zadowolony z wyroku — wycedził powoli Franek, z trudem trzymając się na nogach.

— Tak. Dziękuję wam, żeście się ujęli mojej krzywdy.

— A więc jesteś z nas zadowolony. Zemściłeś się. A powiedz, jaka kara należy się człowiekowi, który bez żadnego powodu zamordował swego najlepszego kolegę, własnego wspólnika. Wspólnika oddanego mu duszą i ciałem?

— Śmierć! Śmierć takiemu zbrodniarzowi! — zawołali wszyscy zgodnym chórem. — Szkielet na łóżku krzyczał głośniej od wszystkich.

Janek zbladł jak trup.

Franek udawał, że nie widzi tego i ciągnął dalej: