— Co się pali? Później opowiesz mi o tym, co jest takie pilne. W Warszawie możecie to wykonać beze mnie.
Krygier nie wyrzekł ani słowa. Trzasnął drzwiami. Czuł się do żywego dotknięty. Teraz nie miał żadnej wątpliwości, że Janek dostał się w sieci, do których wciągnął także swoich towarzyszy. Gdy przypomniał sobie wszystkie rozmowy, które prowadzono w obecności Ady, doszedł do przekonania, że Ada jest wyrafinowaną i przewrotną konfidentką i że wie już zbyt wiele o całej bandzie.
W godzinę potem Krygier mknął już autem w kierunku Warszawy.
Gdyby tak zapytano Krygiera o powód jego pośpiechu, nie umiałby na to pytanie udzielić usprawiedliwiającej odpowiedzi. Czuł, że gna go jakaś tajemnicza siła. Chciał się wyrwać z piekielnego kręgu myśli, które go trzymały w napięciu i podnieceniu. Zdawał sobie sprawę z tego, że powinien na zimno wszystko rozważyć i załatwić, by czym prędzej opuścić Polskę. A załatwić miał jeszcze sporo spraw.
Musi zlikwidować sprawy wiążące go z Jankiem, Milczkiem, Antkiem, Bajgełem, „Zimną kokotą”...
O Wołkowie najmniej teraz myślał. Dokument, który miał przy sobie, z podpisem Wołkowa, wystarczał mu, by móc go trzymać w szachu. Szczupaka i jego wywiadowców najmniej się teraz obawiał.
Najwięcej niepokoiła go Ada, kochanka Janka. Na wspomnienie o licznych znajomościach zawartych za jej pośrednictwem w pensjonacie pomyślał ze strachem, czy nie było wśród nich konfidentów, którzy bawili się z nim w kota i myszkę.
— Czym prędzej uciekać stąd — mawiał do siebie Kryger.
Do Warszawy auto jego przybyło o drugiej w nocy. Krygier kazał siebie zawieźć do jednego z nocnych lokali. Wiedział, że w tym stanie podniecenia, w jakim się znajdował, nie będzie mógł zasnąć. Nadto spodziewał się, że w tym lokalu zastanie swoich towarzyszy.
Krygier wszedł do lokalu krokiem pewnym siebie. Panowała tu specyficzna atmosfera, przesiąknięta zapachem potraw, trunków i perfum. Wydekoltowane panie siedziały obok wyfraczonych panów.