W chwilę potem Janek znalazł się po drugiej stronie drzwi. Tulił się do Anieli, którą na nowo odzyskał. Znów czuł ją przy sobie, najukochańszą, najpiękniejszą. Dręczyła go tylko niepewność, czy czasem w mieszkaniu „Zimnej kokoty” nie skrzywdzono Anieli... Bał się ją o to pytać. Aniela pierwsza odezwała się, a w głosie jej przebijała nuta zazdrości:
— Skąd się tam wziąłeś? Na pewno umówiłeś sobie tam spotkanie z ulicznicą?
— Przysięgam, że to nieprawda. Jedynie przypadek zaprowadził mnie tam. I przyszedłem, jak widać, w samą porę. „Zimna kokota” wielokrotnie zapraszała mnie do siebie. Przyrzekałem, ale nie przychodziłem. Dziś akurat znajdowałem się w pobliżu. Wiedziony przeczuciem, wstąpiłem tam na chwilę. Kto wie, gdybym nie przyszedł, co uczyniliby z tobą.
— Uśpili mnie — wyjąkała Aniela.
— Co? Uśpili cię? Ja ich...
Janek rzucił się z całych sił z powrotem, by pomścić krzywdę, ale Aniela nie pozwalała mu na to.
— Dzisiejsi wspólnicy! — oburzał się Janek. — Świat sparszywiał. Przyjechał ci wspólnik aż z Ameryki, by mnie wyciągnąć z więzienia, a tymczasem odbija mi narzeczoną. Jak to można dziś komuś zaufać!... — Rozłożył bezradnie ręce.
Janek wstydził się za cały świat podziemi, za Moryca, za „Zimną kokotę” i kamratów.
— Dokąd idziemy? — wyrwała Janka z rozmyślań.
Janek zauważył, że ma łzy w oczach.