— Płaczesz?
— Jakże nie mam płakać, gdy na każdym kroku przekonywuję się o waszej podłości i nikczemności. Moja miłość do ciebie w tym czasie wiele ucierpiała.
Janek milczał. W duchu przyznawał jej rację. Kilkutygodniowa rozłąka z Anielą utwierdziła go w tym, że ich miłość nie wytrzyma próby życia. Jest zbyt uczciwa na to, by zostać żoną złodzieja, a on zbyt podły, by móc ją naprawdę kochać wielką miłością. Ale teraz uczucie miłości wezbrało w nim na nowo. Czuł się szczęśliwy, że ją odzyskał i znów są razem. Wyrzucał z siebie urywane słowa:
— Kocham cię... Wiem, że nie jestem ciebie wart... a jednak...
Aniela spojrzała nań smutnymi oczami i odrzekła:
— Dziś prowadź mnie, dokąd ty chcesz. Tyś mnie ocalił, ciebie za to pragnę wynagrodzić...
— Znów igrasz ze mną? — czynił jej zarzut.
Akurat mijała ich spóźniona taksówka. Wsiedli do wozu, który zaprowadził10 ich za miasto. Szczęśliwi i przytuleni mknęli gładką szosą wśród cieni drzew i ciszy nocnej.
Po obu stronach szosy pogrążone we śnie zimowym stały wille, pałacyki i domy. W zadumie oczekiwały wiosny i promiennego słońca, które sprowadzi tu liczne rzesze „letniaków”. Poświata księżycowa srebrzyła śniegiem pokryte drzewa, które były niemymi świadkami wielu tajemnic miłosnych, rozgrywających się rokrocznie pod osłoną ciepłych nocy letnich.
Gdy przebyli wielki szmat drogi, długości kilkudziesięciu kilometrów, szofer zapytał, gdzie ma się zatrzymać.