— Przed hotelem najbliższego miasteczka — padła odpowiedź Janka.

Auto znów pomknęło, by po niedługim czasie zatrzymać się na opustoszałym rynku małomiasteczkowym przed odrapaną dwupiętrową kamienicą, na której widniał już wyblakły szyld: „Hotel Warszawski”...

Janek uiścił należność szoferowi i skierował się z Anielą do hotelu.

Policjant odziany w kożuch zbliżył się do pasażerów, zaniepokojony ich nagłą nocną wizytą. Aniela instynktownie drgnęła, chwytając Janka za rękę. Ale Janek, pewny siebie, zawołał na posterunkowego:

— Co to za porządki u was?... Do hotelu w nocy człowiek dostać się nie może!... Ach, prowincja!...

Posterunkowy zaspanym głosem uspakajał Janka:

— Właściciel pokoi umeblowanych śpi... Pewnie zaraz otworzy...

— Jesteśmy turystami z zagranicy — wyjaśniał dalej Janek łamaną polszczyzną — Odwiedzamy małe mieściny.

Podejrzenie zrodzone w duszy policjanta rozwiało się. Zewnętrzny wygląd Janka i Anieli wzbudziły, widać, jego ufność. Wkrótce potem znaleźli się w hoteliku.

Już zaczęło świtać. Gospodarz wraz z rodziną żywo krzątali się dokoła „Amerykanów”, jak ich nazywali już w myśli. Oddano im najładniejszy apartament, ale ledwie znaleźli się w pokoju sam na sam, Janek przekręcił klucz w drzwiach i porwał Anielę w ramiona...