— Zbytnio ryzykujesz twoją wolnością — szepnęła. — Mieścina jest malutka, a za kilka godzin wszyscy już będą wiedzieli o naszym przyjeździe.

— Nie lękaj się, moja droga, znam to otoczenie. Gdy zapragnę, mogę jeszcze się tu świetnie zabawić i doczekam się wizyty burmistrza... Zresztą, zabawimy tu dwie godziny i... wracamy do Warszawy.

Przywarł do niej i tulił ją do siebie, obsypując płomiennymi pocałunkami.

Teraz — przebiegła jego mózg myśl — teraz, nareszcie, dopnie swego... Ach, jak długo tęsknił za tą chwilą szczęścia... Długo... Ileż razy rezygnował! Ale teraz... teraz... nareszcie!

Wyrzucał z siebie słowa gorące, słowa których się właściwie nie słyszy, lecz odczuwa. Przepraszał ją za zmartwienia i przykrości, których był przyczyną. Zapewniał o dozgonnej miłości, wierności, tęsknocie. Przysięgał, że bez niej życie i świat nie mają dlań wartości.

Jego oczy pożerały Anielę, która cała jakby stanęła w ogniu. Dreszcz niepohamowanej namiętności wstrząsał jej ciałem. Jej gorący oddech budził w nim utajone pragnienie.

Ale Janek silił się w podświadomości na spokój. Chciał panować nad namiętnościami, które już rozpętały w duszy burzę uczuć. Przywodził na pamięć owe chwile, kiedy potęga żądzy wyciskała na jego twarzy piętno zwierzęce. Piętno, które budziło w Anieli odrazę do tego stopnia, że resztkami sił wyzwalała się z jego objęć, bo nie mogła dłużej patrzeć na jego twarz wykrzywioną i oczy nabiegłe dziką, złą krwią.

Ale świadomość, że są teraz sami w pokoju, że nikt mu nie może przeszkodzić w osiągnięciu szczytu marzeń i pełni szczęścia, nie dawała mu spokoju.

Aniela czuła, co się dzieje w sercu Janka.

— Janku, jakże cię kocham za twoje zmaganie się ze złymi instynktami i za pokonywanie w sobie bestii...