Na dworze już świtało. Janek stał nasrożony. Jego uszy i oczy były nastawione „na wszelki wypadek”, podchwytywał najmniejszy szmer, który dolatywał z korytarza czy ulicy. Stali tak przytuleni do siebie, niby dzieci. Ona oparła głowę na jego ramieniu, a on wsłuchiwał się w ciche łkanie jej serca gorącego i wiernego. Zrozumieli siebie. Jankowi imponowała skromność i niewinność Anieli. Przy niej czuł się jak nowo narodzony.
— Po co tu przybyliśmy? — wyrwała go z zadumy. — Co zamierzasz tu czynić?
— Myśl, która skłoniła mnie, bym cię tu zaprowadził, już opuściła mnie — rzekł Janek ze smutkiem w głosie.
— Chciałeś mnie skrzywdzić? — zapytała z wyrzutem.
— Tak. Ale odtąd możesz być pewna, że będę panował nad sobą.
— Nie sądź, że kierują mną tylko cnoty. Pragnę przede wszystkim nauczyć cię walki ze sobą, walki ze złymi instynktami, które w tobie głęboko są zakorzenione.
Janek zaczął krążyć nerwowo po pokoju. Naraz stanął przed Anielą i zapytał:
— Chcesz ze mną wyjechać za granicę?
— Pojadę z tobą wszędzie, gdzie tylko zażądasz, bylebyś tylko zerwał ze swoją przeszłością. Nawet dziś. Przekąsimy tu coś i wracamy do Warszawy.
— Dlaczego się tak spieszysz? Tu jest nam tak dobrze ze sobą. Czuję, że serce twoje należy do mnie. Nasze dusze tu się złączyły.