— Ach, tak... ale on wyjechał do Poznania. Całą noc spędziłem na inwigilowaniu dwóch podejrzanych jegomościów. Szedłem za nimi krok w krok. Zakręcili w zaułek, ja za nimi. Ale naraz światła elektryczne pogasły i... obaj panowie zniknęli jak kamfora. Wnet dały się słyszeć dwa wystrzały... Gotów jestem przysiąc, że to byli dwaj członkowie tropionej bandy.
— Co z tego, że nimi byli, kiedy ich nie ma... A więc pragniesz odpoczynku?
— Tak, panie komisarzu. Prosiłbym o trzydniowy urlop.
— Zgoda.
Gdy Wołkow na czwarty dzień zameldował się do gabinetu Żarskiego, akurat zabrzęczał telefon.
Żarski serdecznie powitał Wołkowa, wypytując o stan zdrowia. Wydawało się to Wołkowowi nieco podejrzane i w duchu powziął postanowienie, że Żarski już wie...
A telefon w dalszym ciągu brzęczał. Żarski powoli, nie śpiesząc się, wziął słuchawkę do ręki, jakby tym chciał podkreślić, że stan zdrowia Wołkowa bardziej go obchodzi od wszelkiej niespodzianki.
— Czy to Urząd Śledczy? Kto przy aparacie?
— Komisarz Żarski.
— Panie komisarzu, tu mówi hotel... Do nas w tej chwili przybyła autem młoda para o podejrzanym wyglądzie. Młodzi ludzie zajęli luksusowy apartament. Może zechce pan się tu pofatygować?