— Proszę określić ich wygląd — rzekł Żarski.

— Nic więcej nie mogę panu telefonicznie powiedzieć — odparł głos kobiecy. — Proszę o natychmiastowe przybycie do nas, do hotelu... Oczekuję...

Wołkow utkwił oczy w twarzy Żarskiego, jakby zapytując o treść doniesienia. Serce biło mu ze strachu na myśl o tym, że los może zrządzić, by musiał spotkać się oko w oko z ludźmi, którym przyrzekł przyjaźń i wierność...

— Co się stało? — zapytał Wołkow nieśmiało.

— Dzwoniono z hotelu... To „swój” człowiek donosił, że winienem tam zaraz się udać... Może mi pan będzie towarzyszył?

— Chętnie. Muszę przyczynić się do zlikwidowania tej bandy.

Obaj niezwłocznie opuścili gmach Urzędu Śledczego. Pomknęli autem policyjnym we wskazanym kierunku. Komisarz Żarski polecił Wołkowowi, by udał się na górę, wywęszył sytuację i natychmiast dał mu znać, co to za „jedni”.

— Tylko ostrożnie! — dodał Żarski.

Wołkow wślizgnął się do korytarza. Pokojówka dyskretnie wskazała mu numer pokoju, zajętego przez podejrzaną parę. Wołkow delikatnie zapukał do drzwi. Nikt nie odpowiedział. Wołkow nacisnął klamkę. Drzwi się uchyliły.

— Kto tam?