Każde jego słowo bolało ją silniej, niżby ją miał kłuć ostrym narzędziem. Zdawała sobie sprawę, że Żarski, jako silniejszy, zdecydowany jest postawić na swoim. Teraz też pojęła, dlaczego ludzie nocy pałają do „władzy” uczuciem zemsty.

Aniela miała jeszcze nadzieję, a nuż kto się zjawi, wejdzie tu i położy kres jej mękom. Ale jakby na złość jej wytężony słuch nie mógł podchwycić nawet szmeru z korytarza, przylegającego do drzwi. Zorientowała się, że ta cisza dokoła to dzieło uplanowane przez Żarskiego... Zabezpieczył się na wszelki wypadek, by mu nikt nie przeszkadzał...

Żarski czytał jej myśli niby w otwartej księdze. Zbliżył się do niej raptownie. Jego twarz wykrzywiona, napięta, zła — mówiła za siebie, że już nie jest odpowiedzialny za swoje czyny. Demon namiętności znalazł w nim ucieleśnienie. Palce jego, które się teraz wyciągały ku Anieli, robiły wrażenie drapieżnych szponów. Jego ręce, które znów usiłowały ją objąć, napawały ją strachem i wstrętem. Z jej serca wydobył się krzyk.

Ale w tej chwili ktoś dyskretnie zapukał do drzwi.

„Jestem ocalona! — przebiegła Anielę radosna myśl. — Nareszcie! ”...

Żarski poprawił na sobie mundur, powiódł ręką po włosach, jakby usiłował je uczesać, wzrokiem dał Anieli do zrozumienia, by zajęła miejsce na fotelu, jak gdyby nigdy nic, po czym zapytał urzędowym tonem:

— Kto tam?...

— To ja, Wołkow... — rozległ się na korytarzu, za drzwiami głos.

Żarski przybladł. Wstał jednak i podszedł do drzwi, by je otworzyć.

— Kolega wybaczy — rzekł na powitanie Żarski — prowadzę tu ważne dochodzenie. Jestem teraz bardzo zajęty.