W dwa dni po przejęciu urzędu Wołkow otrzymał przez umyślnego wysłannika liścik, w którym proszono go, by o dwunastej o północy zjawił się w mieszkaniu Reginy...
Liścik był utrzymany w takim tonie, że Wołkowa aż podrywało z oburzenia... On, naczelnik Urzędu Śledczego, przed którym na baczność staje tylu ludzi, musi ulec woli jakiejś bandy opryszków? Nie, to byłoby szaleństwem. Po raz pierwszy w życiu żałował swego czynu, że krytycznej nocy zamordował posterunkowego Michała i obrabował go ze znalezionej teczki z banknotami.
Zerwał się z fotela, na którym Żarski przeżył ostatnie chwile swojej tragedii miłosnej i odbył z samym sobą dłuższą rozmowę, która zadecydowała o jego samobójstwie.
Wołkow zaczął krążyć po swoim gabinecie, jakby w pościgu za własnymi myślami miał powziąć decyzję. Naraz zatrzymał się przed małym portretem Żarskiego, który wisiał nad biurkiem. Dopiero teraz dostrzegł świeży napis, który przeczytał:
„Człowiek, który nabiera przekonania, że wszedł na drogę występku, winien pozbawić się życia”.
— Umarł filozof — zawołał Wołkow na głos ze złością. — Wściekły podarł podobiznę Żarskiego, a skrawki ukrył w portfelu, by nikt nie zauważył jego wyczynu.
„Ale spotkał go los...” — napawał się uczuciem zemsty za to, że Żarski go szpiegował i podejrzewał.
Po chwili jednak znów go opuściła pewność siebie. Jego mózg przebiegła myśl:
„Co bym uczynił, gdyby tak przed śmiercią Żarski zdążył zawiadomić, że zwolniłem Janka? Mógłbym z miejsca być usunięty ze stanowiska. Karierze mej byłby koniec”.
Wołkow, zadowolony, że jednak w życiu koleje inaczej się potoczyły, zadzwonił na swego zastępcę.