Oznajmiłem niepewnym głosem, że nie pójdę tam więcej, że nie mogę!...

— Zresztą — rzekłem — i tak tam teraz nic nie zrobimy, pewno po tym zajściu będzie wszystkie wartościowe rzeczy trzymał w kasie ogniotrwałej. Na własne oczy ją widziałem... Nikt na świecie nie otworzy jej — dodałem z przekonaniem.

— Wiedz o tym raz na zawsze, frajerze, że to, co jeden człowiek zbuduje, to drugi się taki znajdzie, co potrafi zepsuć, choćby i kasę. Ty pomimo wszystko, jak widzę, jesteś głupi jak but. Nie martw się, nie takich cwanych frajerów jak ten inżynierek udało mi się zrobić i jego pudło jest zero dla mnie. Niejedno już takie rozprułem — dodał.

Patrzyłem na niego niedowierzająco, słysząc jego przechwałki. Byłem wówczas pewny, że żadna siła na świecie nie potrafi z takiej żelaznej fortecy coś ukraść. On zaś, widząc moją głupią minę, ciągnął dalej:

— Niech cię o to makówka nie boli. Nie jestem „Cwajnosem”, jeśli go nie zrobię jeszcze w tym tygodniu. On nie będzie się spodziewał naszej wizyty tak prędko, więc najlepiej może nam się udać.

— Nie, nigdy tam nie pójdę! Już raz zapowiedziałem to i powtarzam. Nie chcę po raz drugi wpaść w jego ręce — dodałem.

Wspólnik na te ostatnie moje słowa szyderczo i jakoś tajemniczo uśmiechnął się. Doszło między nami do ostrej wymiany słów. Siostra jego, ta kontrolna, była obecna przez cały czas naszej rozmowy. To mnie mocno dziwiło, gdyż sam uczył mnie, że kobieta, choćby z własnych sióstr, nie powinna o niczym wiedzieć. Teraz ona zaczęła nas godzić.

Dopiero dowiedziałem się z jej ust, co za przyczyna była, że inżynier mnie uwolnił. Ona to nadała tę robotę, gdyż ten sam inżynier, mówiła, był jej stałym gościem.

XXXI

Minęło znów kilka dni. Brałem też udział w „grasowych”117 robotach, gdyż mój herszt „Cwajnos” nie próżnował. Gdy nie było co lepszego do roboty, rozsyłał nas po mieście, a my staraliśmy się, by próżno nie wracać, Takie różne rzeczy codziennego użytku zawsze udało nam się skraść. Sam jednak nie brał udziału w takich wyprawach, tylko czuwał z daleka. Gdy zaś który z „koników” zasypał się, wówczas „Cwajnos” interweniował. Interwencja zależała od samego „konika”. O ile był to zdolny „konik”, wówczas „Cwajnos” starał się wydostać go za pomocą „blatu”. Gdy dostał się do więzienia, podawał mu przez cały czas pobytu w więzieniu „wałówkę”, gdy „konik” zaś nie posiadał sprytu i zdolności, jakiej wymaga fach złodziejski, starczało mu dla spokoju sumienia wypić z policjantem kieliszek „pejsachówki”. Knajpiarz, gdzie „Cwajnos” w takich wypadkach pił, doskonale orientował podług liczby wypitych kieliszków, ile też „koników” tego dnia zabrała policja.