„Koniki” rekrutowali się przeważnie z sierot „Ażgochas josemim” (Opieka nad sierotami) w wieku od lat dwunastu wzwyż. Miał ich „Cwajnos”, ile serce zapragnęło. Mógł nawet wybierać. Zwykle brał pod uwagę spryt i siły fizyczne. Bywało też, że taki sierota przyprowadził takiego, co posiadał rodziców, tylko że w domu było mu za ciasno lub go bito może za to, że nie chciał przebywać w chederze. Tu zaś otrzymał dobre jedzenie, nocleg, nawet cukierek. Ubranie, to już zależało od zdolności samego „konika”...
Opiekunką — „matką” tych „koników” i przyszłych kryminalistów — była matka „Cwajnosa”, kobieta pięćdziesięciokilkuletnia, o wyglądzie czarownicy biblijnej.
Muszę jednak przyznać, że doskonale wywiązywała się ze swego zadania i potrafiła tę bandę utrzymać w karbach tak, że nie było wypadku, by „konik” na policji wydał opiekuna i jego matkę. Więc trzeba przyznać, że umiała sobie dobrać dzieci.
Na początku mojej kariery u „Cwajnosa” próbowała jego matka i mną kierować, ale Hanka uprzedziła ją i wyłącznie mną się opiekowała. Ten zaszczyt, który mnie spotkał, jak mi się ona sama przyznała, mam do zawdzięczenia umiejętności pisania i czytania. Odebrałem nieraz pochwałę za ładne listy, które im pisałem do krewnych w Ameryce. W odpowiedzi przychodziły dolary. Jednym słowem, uchodziłem tu za uczonego. Byłem tu uprzywilejowanym „konikiem” i brałem od pierwszego razu udział w lepszych wyprawach z samym „Cwajnosem”, co równało się wielkiemu zaszczytowi.
Tu muszę zaznaczyć, że Hanka mnie zapewniała, iż będzie też pilnować moich interesów, abym nie został oszukany przez brata, o którym się wyraziła, że na całym świecie nie ma większego łotra jak on. A brat mnie znów ostrzegał, abym z nią był ostrożny i nie mówił o „robotach”, bo takiej łajdacznicy, jaką ona jest, twierdził, nawet w piekle nie znajdzie.
Co do mnie zaś, uważałem, że możliwie oboje mają zupełną rację, przez co w duchu postanowiłem być ostrożny, dopóki nie wyrobię sobie własnego sądu o kochance i wspólniku.
Pewnego dnia z wieczora, gdy przybyłem do domu, nie zastałem Hanki. Natomiast z piętra, gdzie odbywały się orgie nocne i gdzie też mieszkała jej siostra, doleciały mnie śmiechy i głośne jakieś okrzyki. Odróżniłem zaraz między innymi też i śmiech Hanki. Zdziwiło mnie to tym bardziej, gdyż nie tylko że dotychczas nie brała udziału w orgiach nocnych, ale nigdy tam nie bywała. Więc poszedłem na górę, by zobaczyć, czy się nie mylę.
Drzwi były zamknięte.
Nie chciałem zastukać, by mi otworzono, tylko cichutko wytrychem otworzyłem drzwi i stanąłem w progu.
Moim oczom przedstawił się zabawny widok.