Była chłodna, jesienna noc. O północy trzech nas, mężczyzn i jedna kobieta, sunęło jak cienie w kierunku tej ulicy, gdzie miał być wykonany plan, który ułożył „Cwajnos”. Każdy z nas znał dobrze swoją funkcję. Byliśmy gotowi nawet w ogień wskoczyć na rozkaz swego herszta. Jednozgodnie uznaliśmy, że plan jego jest wprost genialny i robota musi się nam udać. Jednakże, pomimo naszej pewności siebie, nie odbyło się to bez bicia serca, które zawsze podobnej wyprawie towarzyszyć jednak musi.
Nareszcie przystąpiliśmy do dzieła. Dziewczyna wręczyła nam „statki”, gdyż na kobietę nikt tak prędko nie zwraca uwagi. Dlatego też narzędzia złodziejskie ona zawsze nosiła. Następnie oddaliła się, by wykonać dalsze polecenie. Ja i „Cwajnos” w upatrzoną chwilę, by nie ściągnąć na siebie uwagi podejrzliwego stróża, skradaliśmy się po przeciwnej stronie ulicy i ukryliśmy się w bramie naprzeciw tego sklepu.
— Gwałt!... Ratunek!... Złodzieje!... Bandyci! — usłyszeliśmy krzyk, dochodzący od rogu ulicy.
Jak już zaznaczyłem, ten stróż zawsze czuwał. Więc nic dziwnego, że na taki rozpaczliwy krzyk kobiety wołającej o pomoc, pospieszył tam galopem. Na to właśnie czekaliśmy, by wykorzystać moment i prędko doskoczyliśmy do drzwi sklepu i dobranym kluczem otworzyliśmy momentalnie zamki, a żaluzję powolnie, bez oporu podnieśliśmy w górę. „Cwajnos” wsunął się z dwoma skórzanymi workami do środka. Ja zaś powoli zsunąłem żaluzję i zamknąłem tak samo, jak wpierw było i oddaliłem się znowu do bramy naprzeciw, na umówiony posterunek, skąd miałem obserwować dalsze wypadki.
Stróża, dzięki temu wołaniu o pomoc, nie było z pół godziny. Obserwowałem go zaś, gdy powrócił. Próbował natychmiast zamki całego szeregu sklepów. Opukał wszędzie i przeklinał głośno, na czym świat stoi, łobuzów i złodziei, którzy spokoju ludziom i przechodniom nie dadzą.
Widziałem, jak zbliżył się do sklepu jubilerskiego. Oka z niego nie spuszczałem. Szarpnął ze złością zamki i obejrzał sztaby wystawnego okna. Zdawało mi się, że on coś tam spostrzegł, gdyż stał tam dłużej niż przy innych. Za chwilę oddalił się o kilka kroków i oparł się o ścianę. Postawił swój kij i zapalił papierosa. Następnie zaczął powolnym krokiem spacerować tam i z powrotem na kawałku ulicy, mrucząc coś pod nosem.
Stałem we „framudze” bramy, jakby przylepiony do muru, obserwując każdy jego ruch. Każda minuta wydawała mi się tu wiekiem. Wtem furtka bramy, przy której stałem, otworzyła się. Drgnąłem. Był to spodziewany tu przeze mnie trzeci wspólnik.
Podszedł on do mnie tak cicho, jak wąż. Dopiero gdy stanął przede mną, ujrzałem go.
— Co słychać tu? — szepnął mi do ucha. — Wszystko, co do mnie należało, wykonałem. Plan się nam dotąd doskonale udał. A słyszałeś ten hałas, co ona narobiła? Udawałem, że ją biję laską po głowie. Dopiero, gdy skower123 się zbliżył, uciekłem. Zdaje mi się, że nawet zemdlała i telefonowano po pogotowie. Fest dziewczyna. Dobrze swoją rolę odegrała, później zgasiłem też na ulicy latarnię, żeby nie było tak jasno. A tu jak wam poszło?
— Wszystko do tego czasu dobrze idzie — odrzekłem. — Tylko patrz, przeklęty stróż na krok stąd się nie oddala. Co będzie, gdy się i później stąd nie ruszy, a przyjdzie czas, by wypuścić go z roboty... Co wtedy, brachu, zrobimy?