— Co zrobimy? — odparł wspólnik. — Będziemy musieli wszelkich sposobów używać, by go koniecznie stąd usunąć. A nawet ostatecznie musielibyśmy i siły użyć...

Przy tym podsunął mi rewolwer pod sam nos, żeby mi pokazać, że on nie stchórzy.

Przyznam szczerze, że na widok tego przedmiotu morderczego, którego dotąd jak żyję nie miałem w ręku, niedobrze mi się zrobiło i dreszcz mnie przejął. Więc ja miałbym nawet i człowieka zamordować? Nie! Nigdy! Kradzież to jest inna rzecz, ale stać się mordercą, za nic w świecie.

Nie mogłem sobie wtedy nawet tego wyobrazić, że człowiek może być w ogóle do tego zdolny.

Staliśmy obaj jeden przy drugim, wsłuchując się w ciszę nocną. Od czasu do czasu ciszę tę przerywał gwizdek nocnej policji lub też stuknięcie stróża okutą laską o asfalt. Pomimo naszej pewności siebie, którą jeden przed drugim starał się okazać, obaj słyszeliśmy bicie własnych serc. Jestem pewny, że obaj myśleliśmy o jednym i tym samym, żeby ta straszna niepewność jak najprędzej się skończyła.

Ten mój zacny kolega niedawno temu opuścił głośne mury więzienia w Orle124, gdzie odbył czteroletnią karę „aresztanckich rot”. W moich oczach wyrósł na bohatera. Cztery lata, pomyślałem...

Nigdy nie brałbym na wiarę, że jest to możliwe aż cztery lata siedzieć, gdybym nie znał tego człowieka. Jeszcze do tego siedzieć w Orle. Straszne rzeczy opowiadano. Za byle jakie przewinienie zachłostano tam na śmierć. „Cwajnos” przyjął go do tej wyprawy jako wspólnika. Przy tym nie dał mu bardzo ryzykować. Wolał sam, jak mówił, iść do środka interesu, gdyż stwierdził, że osiemdziesiąt procent powodzenia jest po stronie policji. Chciał dać możność łatwiejszego zarobku takiemu męczennikowi i starszemu koledze, który tak długo siedział za kratami.

Zwyczaj jest ściśle przestrzegany w tym świecie, że gdy złodziej odsiedzi większy wyrok, należy go brać na robotę, by zarobił, a przy tym nie dać mu ryzykować za bardzo, a „dolę” zawsze otrzymuje na równi z innymi.

Nareszcie po długim i niecierpliwym oczekiwaniu ukazał się w oknie wystawowym umówiony „cynk”. Był to dany nam znak, że już robota jest skończona. Trzeba teraz myśleć tylko o wydostaniu go z matni razem z łupem... Ale jak?

Stróż teraz jakby się uwziął i na złość stanął przy trzecim sklepie, oparty na kiju, jakby nie miał zamiaru zupełnie się stąd nigdy ruszyć. Czekaliśmy wytrwale, gdyż dobrze wiedzieliśmy, że do jego obowiązku należy pół ulicy. Pewni byliśmy, że wpierw czy później musi się oddalić.