Smutne to były myśli. Zrozumiałem też teraz, że takie życie, jakie sobie obrałem, jest więcej niebezpieczne niż to sobie wyobrażałem. Bo do tego czasu myślałem, że trzeba się strzec policji. Teraz zaś zrozumiałem, że trzeba być bardzo ostrożnym we współżyciu z własnymi towarzyszami i że za najmniejsze uchybienie grozi mi „dyntoria”.
Stróż nie ustąpił. Już godzina upłynęła, która wydawała mi się wiecznością. Bezradnie stałem, patrząc na alarmujące znaki ze środka, które dawał nam „Cwajnos”, tylko dla nas zrozumiałe. Widać, że on poczuł niebezpieczeństwo, które mu zagrażało.
Na niebie ukazały się pierwsze blaski dnia, a stróż nie ruszał się z miejsca, każda sekunda wydawała się nam teraz wiekiem. Sprawa nie cierpiała zwłoki. Za chwilę miało świtać, groziło nam odkrycie, a co gorzej, nasz wspólnik, o ile go nie zabiją, powędruje stąd prosto do więziennego szpitala.
Nagle wpadłem na pomysł, że sam się zdziwiłem, skąd powstał on w mojej frajerskiej głowie.
— Wiesz co — rzekłem do wspólnika, który już nalegał, by „brać” stróża i nie czekać więcej — ty tu zostań, masz tu klucze, a ją pójdę przez podwórze i wyjdę na drugą stronę ulicy. Tam zacznę głośno szabrem majstrować przy sklepie na rogu ulicy, tak by on to usłyszał. O ile tylko przypadkowo oparł się tu przy żaluzji, to zaraz przybiegnie do mnie, a ty wtedy nie trać czasu i wypuść go ze środka. Gdy zaś wie, że on tam jest, a tylko się z nas naigrawa, będziemy wtedy zmuszeni go „brać”. Zgoda?
Wspólnik mnie podejrzliwie zmierzył od góry do dołu i odparł:
— Ano! Spróbuj, ale jak się nie uda, to pamiętaj, nie ociągaj się i przychodź zaraz! Nie mamy jednej minuty do stracenia — dodał.
Przesunąłem się cicho przez podwórze, potem przez tylną uliczkę. Tu muszę zaznaczyć, że to podwórze było przechodnie, a obie furtki wspólnik otworzył wytrychem, byśmy mieli się którędy ulotnić. Prędko dążyłem tam jednak z myślą, że o ile mi się fortel nie uda, to wprost stamtąd będę dążył na dworzec, by uciekać z tego miasta.
Za chwilę stanąłem przy sklepie. Narobiłem takiego hałasu przy zamkach, że stróż oddalony o jakie sto kroków powinien usłyszeć.
Minęło kilka minut i kiedy pomyślałem już, że plan mój się nie udał, usłyszałem przytłumione kroki stróża. Odetchnąłem z ulgą. Plan się powiódł. „Więc on nie wie o niczym” — pomyślałem — i prędko teraz już biegłem z powrotem do wspólników.