Wszystko nadspodziewanie gładko poszło.

Stróż połapał się, że go wyprowadzono w pole, ale wtedy było już za późno. Z daleka doleciał nas jego alarm. Zdążyliśmy się jednak ulotnić z łupem.

Nie trwało piętnaście minut, a już siedzieliśmy bezpiecznie na jednej z „melin” w pobliżu tejże ulicy, gdzie kradzież popełniono.

Gdy „Cwajnos” usłyszał fortel, jakiego użyłem, by go ratować, złapał mnie w objęcia i wychwalał pod niebiosa.

Wszyscy obecni klepali mnie po ramieniu na znak poszanowania. Prędko też rozniosło się to między naszymi i zyskałem na powadze. Nawet weterani fachu złodziejskiego, co z niejednego pieca więziennego chleb jedli, przy spotkaniu się ze mną podawali mi rękę, co należało uważać za wielki zaszczyt.

Łup był nadspodziewanie obfity. Na drugi dzień wszystką biżuterię i cenniejsze rzeczy sprzedano u pewnego jubilera, który też chętnie paserował.

Resztę zaś srebrnego wyrobu w sporej ilości przenieśliśmy do pasera mniej bogatego. Był to Żyd w starszym już wieku. Obejrzał wszystko i przy tym raz po raz spoglądał na nas. Mamrotał coś pod nosem, kiwając smutno brodą, jakby nam chciał powiedzieć: „nie takich bezwartościowych rzeczy spodziewałem się po was, możecie to zabrać sobie z powrotem!”

Po obejrzeniu wszystkiego zwrócił się do „Cwajnosa”, którego dobrze znał i nieraz od niego podobne rzeczy kupował i zagadnął go z miną zakłopotaną:

— Co ty chcesz za ten szmelc? — Przy tym pogardliwie pokazał palcem na przedmioty leżące na podłodze.

— Za jaki szmelc? — odparł „Cwajnos”, udając zdziwienie. — Tu wszystko jest nowe, nawet razu nieużywane, prosto z fabryki. Ładny szmelc! — Przy tym wykrzywiał twarz, co wyglądało na uśmiech.