Z chwilą, gdy wkładałem zegarek do kieszeni, zjawiały się obrazy dawnego życia. Wspólnik „Cwajnos”, inżynier, stróż przy wystawie jubilera, skąd właśnie zegarek ten pochodził. Na samym ostatku wywędrował zawsze obraz, który zastałem w domu tej nocy, kiedy to Hanka po raz pierwszy przyłączyła się do siostry jako jawnogrzesznica. Widziałem ją zawsze, jak przed moimi oczyma wywijała ręką, w której trzymała zarobioną sturublówkę. Dziwna rzecz, gdy żyła, mało co myślałem o niej, a teraz w snach i na jawie ukazuje mi się jej smutna twarz i wiotka postać. Widzę zawsze przed sobą jej połyskujące, czarne oczy, tak czarne jak obecna moja dola, wzrok ma utkwiony we mnie, wzrok pełen smutku i wyrzutów.
W sobotę, mimo upragnionego przeze mnie odpoczynku, więcej jeszcze cierpiałem niż przez cały tydzień. Po pierwsze, ten przeklęty zegarek, a po drugie, gdy wychodziłem w sobotę na ulicę, by przespacerować się, spostrzegałem zawsze dużo rzeczy, które mi przypominały wiele z dawnego, wesołego życia. Przede wszystkim spotykane kobiety. Ach! Te kobiety... albo też dorożki wiozące wesołe parki, dawały mi dużo, dużo do myślenia...
Gdy zaś słońce zachodziło, czas było wrócić do brudnej sutereny piekarskiej, by znów się zamienić w żywą maszynę pracy. Przez cały tydzień trzeba było łazić niewyspanym, brudnym, opapranym ciastem, niepodobnym do człowieka, a zamiast ubioru owiniętym w worek od mąki. Musiałem słuchać zleceń czeladników i majstrów, wykonywać bez szemrania każdą najnieprzyjemniejszą pracę. Wzdragałem się wtedy, a złe podszepty zbierały się gromadnie, by mnie zbuntować:
„Porzuć jak najprędzej to przeklęte, niemiłe życie robotnika, wróć do »Cwajnosa«, do kompanów, do kobiet, gdzie życie popłynie ci przyjemnie i wesoło”.
Straszna walka odbywała się wtedy we mnie. Nogi jakby naumyślnie odmawiały teraz posłuszeństwa, nie chcąc wrócić w kierunku piekarni. Natomiast rwały się do biegu w innym kierunku, do „domku” na jednej z ulic, gdzie przypadkowo się dowiedziałem, mieszka pewien chłopak i dwie wesołe dziewczyny. Tam znalazłbym chętnych towarzyszy, podobnych do tych, których przymusowo niedawno opuściłem.
W pewną sobotę musiałem opanować się całą siłą woli, by nie ulec pokusom. Byłem już tylko o jakie dwadzieścia kroków od tego domku, jednak w czas zawróciłem, pędziłem z całych sił, by jak najprędzej znaleźć się w pracy, przysięgając sobie w duchu, że nawet w sobotę zostanę w piekarni i nigdy na miasto więcej nie wyjdę.
XXXVI
Słowa dotrzymałem, nie pomogły nalegania majstra, żony, bym poszedł trochę na świeże powietrze, a nawet córka, która wciąż stroniła jeszcze ode mnie, prosiła mnie teraz, bym się ubrał i szedł do wspólnego obiadu sobotniego. Doszło do tego, że chcieli zawezwać doktora, myśląc, że przyczyną tego, że wciąż leżę na swoim barłogu, jest choroba. Milczałem w odpowiedzi na wszelkie pytania, a piekarni nie opuszczałem.
Przy samej piekarni, w ciemnej suterenie, był pokój bez okien, stała też tam nara, na której leżały brudne sienniki. Ten piękny „piekarski przybytek” był znany w mieście Ł. między wszystkimi czeladnikami piekarskimi pod przezwiskiem „Hotel Bristol”. We dnie i w nocy palono tam lampkę naftową, bo zawsze tam ktoś przebywał. Grano tam w karty we dnie i w nocy, a który przegrał garnitur, przebywał tam tak długo, dopóki się nie odegrał. Ciepło tam zawsze było, a gości nigdy nie brakło.
Piekarze „rajzownicy”138 mieli tam swój przytułek. Po większej części przebywali tu pijacy, niechętni do pracy.