Byli tu też tacy, co przez całe tygodnie nie wyglądali na świat. Pożywienie podawano im tam z piekarni, naturalnie, że bez wiedzy właściciela. Bułki, cukier i herbatę zawsze im dostarczono. Majster patrzył na to gniazdo przez palce, gdyż zawsze między tymi, co grali, znalazł taniego robotnika. Dawał niektórym i pożyczki na kupno garnituru. Taki „przegrany” paradował przez cały tydzień tylko owinięty w worek od mąki i w brudnej koszuli. Po skończonej pracy miał tylko kilka kroków przez brudny, ciemny korytarz do „Bristolu”.
Najwięcej gości przebywało tam w sobotę i niedzielę, bez różnicy wyznań, a gdyż między robotnikami nie-Żydami więcej było ofiar dla właścicieli piekarń niż między Żydami. Stałym bywalcem „Bristolu” był Mytrofan, lat trzydzieści pięć, dobry werkmistrz139 piekarski. Jednak rzadko kiedy udało mu się uwolnić od worka, którym był przez cały tydzień przy pracy owinięty. W sobotę całą wypłatę przyniósł prosto do „Bristolu” i grał całą noc, a zawsze do świtu był już goły. Więc musiał znów wleźć do worka, by przez cały tydzień na nowo zapracować na karty. Dobrze on zarabiał, do trzydziestu rubli tygodniowo. Ale gdy kupił garnitur, nie nosił go nigdy dłużej niż do soboty. Pracował w żydowskich piekarniach, a każdy z majstrów chciał, by u niego pracował, gdyż był specjalistą w tym fachu. Właśnie w owym czasie, gdy ja tam pracowałem, Mytrofan też tam pracował. Zgrał się on w „Bristolu” w ten sposób, że gospodarz po zabraniu mu garnituru w zastaw, zmusił go tu do pracy. Pracował on tu już trzy miesiące, jednak garnituru nie mógł wykupić. Co dzień próbował szczęścia, jednak mu nie szło. Żal mi go było, pracowałem pod jego ręką, a był olbrzymiego wzrostu, ale łagodny jak baranek.
Dziwiło mnie, że nigdy nie gniewał się, gdy wszystko przegrał. Zawsze wracał z zapałem znów do pracy po to, by mógł dalej grać. Dla mnie był bardzo dobry, uczył mnie pracy bezinteresownie. Jak się wyraził, lubił mnie za to, że zawsze byłem smutny i chętnie pracowałem.
W „Bristolu” przez cały czas, co tu pracowałem, ani razu nie brałem udziału w żadnej grze. Przyglądałem się tylko nieraz z zainteresowaniem ludziom, którzy z zapałem grali, cichuteńko i z uwagą. Dopiero po grze zaczynała się kłótnia i udzielano sobie nawzajem uwag co do błędów popełnionych podczas gry.
Czasem dochodziło do ostrej wymiany słów, jednak do bijatyki nigdy nie doszło. Wiedziałem o tym dobrze, że gospodarz zagroził, iż w razie awantury skasuje ów „Bristol”. Byli tacy, co jeszcze nie tracili nadziei, że wygrają, ci też nie dopuszczali do bijatyki.
Porządek trzymał tu Mytrofan. On właśnie był jednym z tych, co żyli zawsze tą nadzieją wygrania. Pomimo jego łagodności, każdy się go bał i do bójki nigdy nie doszło.
Na drugą sobotę po moim postanowieniu, że nie wyjdę na miasto, wieczorem z nudów zaszedłem do „Bristolu”. Grano tam jak zwykle w nabożnym skupieniu i nic dziwnego, że każdy tu grosz przegrany, był też krwią i potem zapracowany. Zauważyłem też, że Mytrofan jest ubrany w nowy, jasny garnitur. Koło niego zaś leży cała kupka srebrnych rubli i półrublówek. Twarz jego promieniała z radości, karta mu szła jak nigdy, raz po raz zagarniał kilka banknotów. Wygrał też dwa garnitury, ci dwaj siedzieli już na stronie tylko w kalesonach. Byłem ciekawy, na czym się ta gra skończy. Wzięła mnie też chęć, bym i ja zagrał i próbował szczęścia, jednak dałem spokój. Starałem się teraz zawsze opanowywać swoje pragnienie, gdyż wiedziałem, że jest złe. Grałem w karty nieźle, a nawet znałem kilka sztuczek szulerskich, których „Cwajnos” mnie nauczył. Pewny byłem, że ograłbym ich. Jednak wiedząc, że ci ludzie ciężko pracują na grosz, nie mógłbym ich oszukać w żaden sposób.
Gra trwała już kilka godzin. Było już po północy, chodziło tylko o parę kamaszy, które były jeszcze do wygrania. Mytrofan wszystkich ograł, szczęście dopisało mu tym razem jak nigdy. Prosił mnie zaś, bym uważał na wygrane rzeczy. Teraz już pięciu siedziało na stronie niemal nago, nawet bieliznę przegrali. Mytrofan uwziął się jeszcze te nieszczęsne kamasze wygrać. Chciałem go upomnieć, że już dość i że może wszystko teraz przegrać. Jednakże znając jego upór, dałem spokój, byłem jednak ciekaw, co z tego wyniknie.
Stało się tak, jak przewidywałem. Mytrofan począł przegrywać raz za razem. Nie upłynęła teraz godzina, a Mytrofan siedział już w kalesonach.
Po skończeniu gry towarzysze rzucili pod jego adresem złośliwe słowa, a ten tylko spluwał i ani słowem się nie odezwał. Żal mi go było, a wszyscy żartowali z niego: