Pół zegarka było już przegrane.
Ja trzymałem się dobrze, za to Mytrofan przegrywał stale, pech go znów prześladował. Zaraz rano po pracy wzięto się znów do grania, a wieczorem w żaden sposób nie mógł nas wyciągnąć do pracy.
Postawiliśmy na swoje miejsce do pracy dwóch „przegranych”, a my graliśmy dalej.
Koniec końcem, nie będę opisywał szczegółów, dość że gra trwała do środy rano, mało co przy tym spaliśmy, aż nareszcie zegarek mój wsiąkł. Muszę też tu powiedzieć, że na początku siadałem do gry z myślą, by się go pozbyć, nawet chętnie chciałem go przegrać, jednak po przegraniu było mi go żal. Postanowiłem znów się odegrać.
Na sobotę na nowo obiecałem sobie razem z Mytrofanem zagrać. Odebrałem od majstra resztę kapitału: około pięćdziesięciu rubli. Mytrofan też wziął całą tygodniówkę i znów zasiedliśmy do gry. Na początku dobrze nam poszło. Pół zegarka znów należało do mnie, jednakże godzinę przed rozpoczęciem pracy obaj byliśmy na powrót ogołoceni. Wróciłem smutny do pracy.
Po tym, co zaszło, nie mogłem już spokojnie pracować. Pragnienie posiadania na nowo tego, co postradałem, nie odstępowało mnie na jedną minutę.
„Cholera z tym Mytrofanem mnie nadała” — pomyślałem.
Teraz postanowiłem grać na własną rękę i udać się do znanych mi sztuczek. Muszę wygrać, co przegrałem. Potem nigdy nie będę grał. Ale skąd teraz wziąć na nowo pieniądze? Tygodniówka? Nie warto tym nawet gry rozpoczynać, gdyż ci, co wygrali, objaśnili nam przecież, że teraz inaczej nie zasiądą do gry, póki nie będą u nas widzieć przynajmniej po dwadzieścia pięć rubli w gotówce. Ale skąd je wziąć?
Nad sposobem zdobycia pieniędzy myślałem kilka dni. Sposobów takich, jak wiadomo, znałem z poprzednich praktyk u „Cwajnosa” bardzo wiele, ale ze wstrętem prawie tę myśl odrzuciłem. Spokoju jednak po przegraniu nie zaznałem.
To przyrzekałem sobie w duchu, że kart do rąk już nie wezmę, to znów uparta myśl moja krążyła koło zdobycia pieniędzy. Nie wiadomo, jak długo trwałaby ta walka we mnie, gdyby nie przypadek lub szatan rozstrzygnął o dalszych wypadkach.